72. Ćwierć mili do mety…

Minęły trzy tygodnie, nim lekarz zgodził się wypuścić Nicka ze szpitala. Przez ten czas prawie codziennie go odwiedzałam i starałam się zapewnić mu jakąś rozrywkę. Jak się można było spodziewać, jako facet zrobił się marudny i drażliwy, czym doprowadzał mnie do szału, ale gryzłam się za każdym razem w język, by mu czegoś nie palnąć i nie wywołać niepotrzebnej kłótni. Zbliżyliśmy się do siebie znacznie. No przynajmniej nie krzyczymy na siebie, a normalnie rozmawiamy ze sobą. To co się wydarzyło bardzo zmieniło mój stosunek do Nicka. Zrozumiałam, że nie tylko mnie było ciężko, bo jemu też.

Wraz z jego wyjściem powstał problem, ponieważ jego dom, a prawnie mój został zdemolowany i nikt do niego nie zaglądał od czasu feralnego wieczoru. Jestem pewna, że sam Nick nie chciał do niego wracać, ale za bardzo nie miał innego wyjścia. Dan i Michael oferowali mu zatrzymanie się u nich na jakiś czas, za nim nie zrobi porządku z domem, ale Nick kategorycznie odmówił. Lekarz powiedział, że wypuści go pod warunkiem, że ktoś będzie miał na niego oko przez jakiś czas. Rozważałam, aby zamieszkał u mnie na jakiś czas, ale tą myśl szybko odrzuciłam, tak jak szybko się pojawiła. Niestety Chrystian wpadł na ten sam pomysł co ja i cały czas zadręczał mnie swoją gadaniną, że zaczęłam mieć wyrzuty sumienia. Więc zaproponowałam moje mieszkanie Nickowi, ale ku mojemu zaskoczeniu też odmówił i co jeszcze bardziej wprawiło mnie w większe zdziwienie to, to że zrobiło mi się przykro, gdy odmówił.

- Powiedz mi dlaczego? – Pytam po raz setny Nicka. Obserwując jak pakuje swoje rzeczy do torby podróżnej.

- Nie chcę by ktokolwiek się nade mną litował. – Odpowiada chmurnie.

- Ile razy mam ci powtarzać, że to żadna litość. – Siadam na jego łóżku i krzyżuję ręce na kletce piersiowej. Nick nie odpowiada. No to spróbujmy z innej strony. – A gdybym ci zaproponowała seks. To też byś uznał to za litość? – Pytam swobodnym tonem. Nick zamiera na chwilę, przetwarzając moje słowa, po czym okręca się w miejscu. Obrzuca mnie uważnym spojrzeniem, a w kąciki jego ust drgają w powstrzymywanym uśmiechu. Opiera dłonie po obu stronach moich bioder i się nachyla bardzo blisko mnie.

- No cóż, to co innego. – Mówi powoli, a oczy błyszczą mu niebezpiecznie.

- Czyli postanowione. Zostajesz u mnie! – Wykrzykuję radośnie i całuję go w policzek. Odsuwam od siebie jego dłonie i wstaję z łóżka. – Pospiesz się. – Mówię do niego i siadam na fotelu w kącie sali. Nick wpatruje się we mnie spod byka.

- Czasami mam ochotę cię… – Mruczy wkurzony pod nosem i wraca do przerwanej czynność. Uśmiecham się szeroko i popijam kawę ze styropianowego kubka. Wyszło na moje.

- Tak wiem, przelecieć. – Mówię z rozbawieniem.

- Żebyś nie pożałowała tego co mówisz. – Odpowiada zirytowany. Prycham i biorę kolejny łyk kawy. Skoro chce, abym dała mu szansę. To ja też postanowiłam wyciągnąć rękę w jego kierunku, o te parę centymetrów.

 

- Nie mogę uwierzyć, że go namówiłaś. – Mówi do mnie cicho Michael. Siedzimy u mnie w kuchni obserwując śpiącego Nicka na kanapie przed telewizorem.

- Taaaak. Mam swoje sztuczki. – Odpowiadam ze śmiechem. Po powrocie ze szpitala wpadli w odwiedziny Michael z Chrystianem, ale niestety braciszek nie mógł zostać dłużej, bo ma mnóstwo spraw do załatwienia na mieście. Nim się pojawili, stoczyłam prawdziwą batalię z Nickiem, ale niestety przegrałam z kretesem. Zasugerowałam by zajął mój pokój, ale on oczywiście uparł się by zająć kanapę. Daję mu dwie noce i wymięknie.

- Wyglądasz na zadowoloną z życia. – Zauważa ostrożnie Michael. Zerkam na niego uważnie i marszczę brwi.

- Masz coś konkretnego na myśli? – Pytam cicho.

- Uśmiechasz się i dowcipkujesz. To duża zmiana od tego co było wcześniej. – Wzruszam ramionami. – Czyżby coś miedzy wami iskrzyło? – Dopytuje się Michael.

- Nie twój interes. – Burczę, ale nie potrafię pozbyć się z twarzy tego absurdalnego uśmiechu. Czuję, że wreszcie zmierzam ku lepszemu.

- Jasne. – Parska śmiechem. Posyłam mu krzywe spojrzenie. Nie chce by obudził pana marudy.

- Przestań się nabijać i lepiej powiedz mi, co z tymi pracownikami, których zaproponował John. – Zmieniam temat na bezpieczniejszy. Widzę, że chciałby jeszcze mnie po męczyć w kwestii Nicka, ale odpuszcza. Michael opowiada mi o nowym miejscu, w którym chciałby założyć warsztat oraz o pracownikach i ich kwalifikacjach. Musimy mieć najlepszych, skoro nasz warsztat będzie oferował ogromny zakres usług. Trochę wkurza mnie to, że wszystko odwleka się w czasie. Chciałabym już wystartować z interesem, ale Michael twierdzi że to nie takie proste. No cóż, ja uważam że dla chcącego nic trudnego.

Michael niespełna pod dwóch godzinach też poszedł, bo Kate do niego wściekle wydzwaniała. Chcąc nie chcąc, zabrałam się za sprzątanie po obiedzie. Potem przypomniałam sobie, że w kurtce zostawiłam wykaz leków, które kazał wykupić lekarz dla Nicka. Przeszłam cicho przez salon i szybko się ubrałam w przed pokoju, aby go nie obudzić. Mam tylko nadzieje, że pod moją nie obecność nie przyjdzie mu głupi pomysł do głowy, by zwiać. Wychodzę przed kamienicę i ruszam w kierunku najbliższej apteki. Taki spacer dobrze mi zrobi. Po drodze zrobiłam drobne zakupu spożywcze. Lodów czekoladowych nigdy dość. Zadzwoniła do mnie też Lisa z pytaniem, kiedy z Karlem mogą wpaść w odwiedziny. Zła strona zaproszenia Nicka do siebie jest taka, że moje spokojne i ciche mieszkanie zmieni się w dworzec kolejowy. Otwieram najciszej jak się da drzwi i wchodzę do środka. Zakupy zanoszę do kuchni i wracam by zdjąć z siebie kurtkę i buty i wtedy do mnie dociera, że jest coś nie tak. Wracam natychmiast do salonu i rozglądam się dookoła. Nick nadal śpi, a pomieszczenie nie zmieniło się ani trochę od mojego wyjścia. Jednak intuicja podpowiada mi, że coś jest na rzeczy. Wzruszam ramionami i idę do kuchni. Wszystkie produkty chowam w odpowiednie miejsca, a leki Nicka zostawiam na szafce w widocznym miejscu. Nie mając nic więcej do roboty idę do swojego pokoju. Wchodzę do środka i zamieram. Na całym łóżku leżą czarne róże. Są dość rzadkie i trudne do zdobycie. Podchodzę do łóżka i biorę jedną z nich. Ostrożnie obracam kwiat w palcach. 

- Chciałem ci podziękować, za to co robisz dla mnie. Choć nie musisz. – Odzywa się za moimi plecami Nick.

- Nie musiałeś tego robić. – Odpowiadam i okręcam się wokół własnej osi. Nie było mnie aż tak długo, by mógł wszystko zrobić na czas. Musiał mieć to wcześniej zaplanowane.

- Musiałem. Uświadomiłem sobie, że rzadko sprawiałem ci niespodzianki, gdy byliśmy razem. – Wchodzi do środka i zatrzymuje się kilka kroków przede mną.

- Wcale tego nie wymagałam Nick. – Mówię z lekkim uśmiechem. Podchodzę do niego i całuję w policzek. – Dziękuję. – Odsuwam się od niego na bezpieczną odległość.

- Wyjechałabyś ze mną na dwa tygodnie na Long Beach Island? – Kompletnie zaskakuje mnie tym pytaniem.

- Yyy… kupiłeś ten dom? – Pytam zdezorientowana.

- Nie, ale jego obecny właściciel to mój znajomy i udostępni mi go na ten czas. To jak, zgadzasz się? – Wciska ręce w kieszenie i wierca we mnie spojrzenie.

- No nie wiem, czy to dobry pomysł? – Zaczynam powoli.

- A dlaczego by nie? – Robi krok w moją stronę. – Sama mnie do siebie zaprosiłaś, a raczej zmusiłaś, więc o co chodzi? Powiedziałaś, że chcesz mieć na mnie oko. Od kiedy wyjazd ci to utrudnia? – Pyta zwodniczo łagodnym tonem, ale ja wiem że się ze mnie nabija, bo doskonale zdaje sobie sprawę z tego co teraz dzieje się w mojej głowie. Kurde. Zaciskam usta w wąską linię z niezadowolenia. Łatwiej jest mi, gdy jestem na swoim terytorium, niż na jego. Z drugiej strony zmiana otoczenia dobrze zrobi mnie i jemu. Potrząsam lekko głową. Muszę przestać szukać dziury w całym.

- Czyżby kanapa w salonie nie spełnia twoich oczekiwań? – Pytam przebiegle. Nick parska śmiechem.

- To też, ale pomyślałam że zmiana otoczenia dobrze nam zrobi. Ocean prawie za oknem. Można spacerować po plaży ile dusza zapragnie. Chcesz jechać?

- W zasadzie, czemu nie. – Odzywam się po chwili zastanowienia. – Kiedy, planujesz wyjazd? – Siadam na łóżku po turecku, a obok mnie siada Nick.

- W piątek.

- To za dwa dni! – Wołam przerażona perspektywą tak ograniczonego czasu na pakowanie.

- To jest mnóstwo czasu. Meg. – Zauważa Nick z uśmiechem. Może dla ciebie. Dodaję w myślach. – Po za tym chciałem ci powiedzieć, że dom możesz sprzedać. – Szybko przekręcam głowę w jego stronę, że nie mal dostaję skrętu karku. Rozmasowuję sobie bolącą szyję.

- Jak to? Myślałam, że skoro … żyjesz – Mówię z przekąsem. Nie udało mi się pozbyć z głosu nutki pretensji.  - …dom automatycznie wraca do ciebie.

- Nadal jest twój i możesz zrobić z nim co chcesz. – Odpowiada nie wzruszony moim tonem.

- Ale..? A twoje rzeczy? – Dopytuję się dalej.

- Jak byłem w szpitalu wszystkim się zająłem. Moje rzeczy zostały przewiezione do domu letniego. Chrystian wszystkiego dopilnował. – Wciąż nie mogę uwierzyć w to co słyszę.

- Jesteś tego pewien, Nick? To twój dom, nie mój. Jeśli chcesz możesz dalej w nim mieszkać. – Nick kręci przecząco głową, ze smutną miną.

- Za dużo wspomnień. Sama rozumiesz. – Mówi, po czym wstaje i wychodzi z pokoju. Cicho zamykając za sobą drzwi. Wpatruję się w zamknięte drzwi, nie co oszołomiona. Myślałam, że ten budynek jest dla niego ważny, ale jak się okazuje nie aż tak. No cóż, ja na pewno nie chciałabym w nim po tym wszystkim mieszkać. Skoro go nie chce, to nie ma na co czekać z tym, by jak najszybciej się go pozbyć.

***

Krzątam się po kuchni rozpakowując zakupy, które zrobiliśmy po drodze do Long Beach Island. Natomiast Nick postanowił zawlec nasze walizki na górę. Przyglądałam się jego wysiłkom z rozbawieniem, gdy wtaszcza je po schodach. Nie śmiałam zaproponować mu pomocy, bo znowu by powiedział że odbieram mu męskość, więc niech się męczy. Zrzucam z siebie koszulę i pozostaję w koszulce na ramiączkach. Koszulę zawiązuję w pasie i zabieram się ze przygotowanie posiłku. W końcu decyduje się na klasykę, czyli spaghetti.

- Pięknie pachnie. – Odwracam się do Nicka, który stoi w progu z szerokim uśmiechem, który natychmiast blaknie i zastępuje go złość. Co jest? Podchodzi do mnie szybkim krokiem, a ja wystraszona robię kilka kroków w tył, aż zatrzymuję się na szafce tyłkiem.

- Co ty… – Zaczynam przerażona, ale on unosi rękę i dotyka moich blizn na na ramionach, które są pamiątką po ostatnim spotkaniu z Danielem. Co prawda wygoiły się już dawno, ale blizny zostaną mi już do końca życia. Lisa sugerowała mi operację, aby się ich pozbyć, ale nie podoba mi się to opcja. Być może zakryję ich kolejnym tatuażem albo pozostawię tak jak są, przypominając mi o tym przez co przeszłam i przez co stałam się jeszcze bardziej silniejsza. Nick przesuwa delikatnie palcami po moim ciele wywołując przyjemne mrowienie. Nozdrza mu drgają, a napięta szczęka świadczy o ledwo powstrzymywanym gniewie.

- Było minęło, Nick. – Odsuwam się w bok, poza zasięgiem jego dłoni i szybko zakładam koszulę na ramiona. Podchodzę do kuchni, na której bulgocze leniwie sos. Nie słyszę żadnej odpowiedzi, a tym bardziej ruchu. Zerkam na niego z ukosa. Nadal stoi w tym samym miejscu.

- To moja wina. – Odzywa się cicho. – Powinienem go powstrzymać. 

- Przestań się zadręczać. Ja zostawiłam to za sobą i tobie to samo radzę. – Odzywam się ostrym głosem i zaczynam wykładać makaron na talerze, po czym polewam go sosem i obsypuję startym serem. Wykonuje te czynności zbyt nerwowo. 

- Może i masz rację. – Kładzie mi dłonie na biodrach i składa czuły pocałunek na mojej szyli. Lekko się wzdrygam na ten niespodziewany dotyk. Mam dreszcze na całym ciele. 

- Ja zawsze mam rację. – Poprawiam go bardzo poważnym tonem. Nick parska śmiechem.

- Akurat. – Protestuje i pomaga mi nakryć do obiadu. Oddycham w duchu z ulgą. Temat zamknięty przynajmniej chwilowo. – Straszny z ciebie nerwus, wiesz? – Mówi, gdy siadamy do stołu.

- No wiem. – Przyglądam mu się z lekkim rozbawieniem.

- I uparciuch. – Kontynuuje znad talerza.

- No i dobrze strzelam. – Dodaję do jego wyliczanki.

- Ale nadal żyję. – Przewracam oczami to słysząc. – To oznacza, że nie aż tak dobrze.

- O przepraszam cię za to nie dopatrzenie, ale wiesz że w każdej chwili mogę to naprawić? – Drażnię go.

- Na razie podziękuje, ale schowam broń sprzed zasięgiem twoich rąk. – Mówi i zabiera się do jedzenia.

Po objedzie wychodzę na taras otulona grubym szalem. Jesień daje o sobie znać i temperatura z dnia na dzień spada, ale mnie to nie odstrasza. Siadam na wiklinowej kanapie z kubkiem gorącej herbaty. Obserwuję wzburzony ocean, oraz parę spacerującą po plaży.

Jestem tu i teraz z Nickiem. Co dalej? Dokąd to wszystko mnie zaprowadzi? Jedno jest pewne nie chce już wracać do przeszłość, tylko układać przyszłość. Wiem, że przy Nicku mogę być szczęśliwa i tak też teraz się czuję, ale ogranicza mnie ten strach, że znów mnie zostawi. Skrzywdzi. Wtedy sytuacja wymagała drastycznych kroków. Poświęcił się dla mnie. Myślami wracam do tego jak czułam się, po pogrzebie, jak wracałam z otępienie do rzeczywistości. Wtedy wiedziałem, że nie ma dla mnie życia bez niego. A teraz jest tu … ze mną. Mam go na wyciągnięcie ręki. Wystarczy skoczyć i zaryzykować, nic więcej. Któreś z nas musi wykonać ten pierwszy ruch.

- Przeziębisz się, ślicznotko. – Za dumy wyrywa mnie głos Nicka. Podnoszę na niego wzrok i uśmiecham się. Stoi oparty o barierkę i przygląda mi się tym swoim niemal czarnymi oczami. Przesuwam wzrok po jego sylwetce. Mężczyzna średniego wzroku o ciemnych włosach i głębokim spojrzeniu. Ten sam, którego poznałam kilka miesięcy temu. Ten sam, który doprowadza mnie do szału swoich zachowaniem i odzywkami. Nick jest pewnym siebie i stanowczym człowiekiem. Zawsze musiało być tak jak on chce i pewnie dlatego nasze kłótnie niosły duży ładunek emocjonalny, ale mimo tych wszystkich nieporozumień, ciągle zależało nam na sobie. Byliśmy w stanie skoczyć za sobą w ogień i do tej pory to się nie zmieniło. – Co się stało? – Kuca przede mną nie wiadomo kiedy i wpatruje się we mnie ze zmartwioną miną. Uświadamiam sobie, że kilka łez stoczyło się po policzkach. Jejku, stałam się straszną beksą. Krzywię się w myślach.

- Nic. Wszystko jest w porządku. – Odpowiadam. Z wahaniem unoszę rękę i dotykam jego policzka drżącą dłonią. Przesuwam opuszkami palców po jego lekkim zaroście. Zaskoczony otwiera szerzej oczy. Pierwszy raz, od tak długiego czasu obdarzam go, tak wiele mówiącym gestem. Siada obok i bez słowa wciąga mnie sobie na kolana. Nie protestuję. Wtulam się w niego, a on obejmuje mnie ramionami i tak trwamy w bezruchu. Wdycham zapach jego perfum i wsłuchuję się w bicie jego serca.

To jest moje miejsce.

- Chodzimy do środka. – Proponuje Nick przerywając ciszę. Nie wiadomo kiedy zaczęło się ściemniać, a wiatr przybrał na sile. – Robi się naprawdę zimno. Schodzę z jego kolan i otulam się szczelniej szalikiem, po czym wchodzę do środka. Zerkam na zegar wiszący w przed pokoju. Dochodzi już 18. Ten czas tak szybko zleciał. – Chcesz się czegoś napić na rozgrzanie? – Pyta Nick, gdy zamyka drzwi na zamek.

- No jasne. Strasznie zmarzłam. – Rozmawiamy ze sobą jak, gdyby nigdy nic, ale czuję jak jakoś niewidzialna siła przyciąga nas ku sobie. Wchodzę do salonu, a zaraz ze mną Nick. Siadam po turecku na puchatym dywanie tuż przed kominkiem, od którego bije przyjemne ciepło. Po chwili dołącza do mnie Nick i podaje mi szklankę z brązowym płynem. Biorę kilka łyków i przyjemne ciepło rozlewa się po moim ciele. Zaczynamy prowadzić ze sobą swobodna rozmowę, o wszystkim i o niczym. Niby to błahe tematy, ale jakby miały drugie dno. Czuję coś dziwnego w środku, ale staram się to ignorować.

- Dzięki za drinka. Pójdę już do siebie. – Odstawiam pustą szklankę i wstaję. Nick otwiera usta by coś powiedzieć, ale odpuszcza.

- Dobranoc. – Mówi w końcu i odprowadza mnie wzrokiem, aż do schodów prowadzących na piętro.

Docieram do swojego pokoju, a te dziwne uczucie, nadal mi towarzyszy. Szybko się rozpakowuję i biorę potrzebne rzeczy, po czym zaszywam się w łazience. Biorę długą kąpiel, ale nie niesie mi ona ukojenia, wręcz przeciwnie. Suszę włosy i gapię się na siebie w lusterku. Co jest do cholery? Pytam samą siebie w myślach. Przebieram się w moją ulubiona piżamę, która składa się jedynie ze starej rozciągniętej koszulki. Wracam do sypialni i kładę się na łóżku. Gaszę światło i przykrywam pościelą. Po ponad godzinie wiercenia się wiem, że nie dam rady zasnąć. Za ścianą słyszę jak Nick przerzuca kanały w telewizorze. Wiedząc, że on też nie śpi jeszcze bardziej wzmaga się to uczucie. Nie ma siły dłużej panować nad swoimi emocjami, które się we mnie kłębią. Wygrzebuję się z łóżka i nim pomyślę co robię, wychodzę ze swojego pokoju, po czym podchodzę do drzwi od sypialni Nicka i pukam cicho. Nick otwiera je, ubrany jedynie w spodnie dresowe.

- Megan? – Pyta zaalarmowany moją wizytą, ale ja nie potrafię mu odpowiedzieć. Nick przesuwa wzrok po moim ciele i zatrzymuje się na moich oczach. Wpatruje się we mnie przepełnionymi ogromnym pragnieniem oczami, jakby błagały mnie o przebaczenie. A ja stoję w miejscu i nie mogę się ruszyć, gdy tak przeszywa mnie na wskroś. W końcu podchodzi do mnie i bierze moją twarz w dłonie, po czym całuje mnie z rozdzierającą serce delikatnością. Oplata mnie rękoma i przyciąga do siebie, pogłębiając jeszcze bardziej pocałunek. Czuję jak moje serce wybija gorączkowy rytm, który wymknął się zupełnie spod kontroli. Wreszcie moje ciało łapie łączność z mózgiem. Unoszę ręce i palce wplatam w jego włosy. Nie odrywając się od siebie, robimy kilka kroków do tyłu i upadamy na łóżko. Nick szybko pozbawia mnie koszuli i bielizny. Dłońmi bada każdy zakamarek mojego ciała. Dotyka blizn i każdą z nich delikatnie całuje. W przypływie nagłego wstydu i strachu, próbuję się zakryć poranione ciało.

- Nie bój się.  - Powiedział cicho, patrząc mi głęboko w oczy. 

Czuję się jakbyśmy robili to pierwszy raz. Nick atakuje agresywnie moje usta, że nasze zęby się zderzają by po chwili przejść w pocałunek. Mam wrażenie, że pozbył się wszelkich za hamowań. Wiję się pod nim. Nasze czoła zetknęły się, oddechy zmieszały i zmagały ze sobą, tak jak spojrzenia. Czuję dotyk jego dłoni na swoim nagim ciele, jego gorące usta błądzące po mojej  skórze, jakby chciały poznać najmniejszy skrawek, którego dotąd nie poznały. Obejmuję ramionami jego szyję, przyciągając jego twarz do swojej i zamglonym wzrokiem spojrzałam w jego pałające pożądaniem oczy. On natomiast szukał w nich przyzwolenia.

- Potrzebuję cię, Nick. – Szepcze rozgorączkowana. Teraz wiem, że to dziwne uczucie towarzyszące mi od kilku dni, znalazło ujście. Nick unosi głowę by spojrzeć mi w oczy i widząc jego minę, coś ściska mnie za serce. To po prostu szczęście i czyste bezwarunkowe uczucie. Wpiłam się w jego wargi, tłumiąc jęk, gdy jednym spokojnym ruchem znalazł się we mnie. Czuję jak przez każdy nerw w moim ciele przepływa prąd. Oplotłam go nogami i wbijam paznokcie w jego plecy. Nasze ruchy stają się coraz szybsze, coraz bardziej niecierpliwe, wywołując kolejną falę jęków i westchnień. Zamykam oczy, pozwalając Nickowi prowadzić się ku spełnieniu. 

Budzę się, ale nie otwieram oczu. Nick ma przerzuconą rękę przez moje biodro. Czuję we włosach jego oddech. Nie mam pojęcia, czy już się obudził, czy nadal śpi. Więc nie ruszam się i delektuję się to chwilą. Jest mi tak przyjemnie i błogo, a ciężar który nosiłam ze sobą od śmierci Nicka, gdzieś znikł. Jestem wolna.

- Wiem, że nie śpisz. – Odzywa się chrapliwym głosem Nick. Chichoczę. Całuje mnie w ramię. Obracam się w jego ramionach, by móc widzieć jego twarz.

- Dzień dobry panie, Evans. – Mówię ze śmiechem. Nick uśmiecha się szeroko do mnie.

- Czy mi się wydawało, czy miała pani problem z zaśnięciem w nocy?

- Po nocnych odwiedzinach, sen przyszedł szybko. – Mówię z miną ważniaka. Przesuwam dłońmi po jego klatce piersiowej, jakbym nie mogła się nacieszyć jego bliskością. – Chce jeszcze raz zacząć wszystko od nowa. – Oznajmiam mu poważnym głosem.

- Nawet nie wiesz jak długo na to czekałem. – Odpowiada, a jego oczy odzwierciedlają tą niewypowiedzianą tęsknotę. Uśmiecham się do niego smutno i całuję lekko w usta.

- Mam dwa warunki.

- Jakie?

- Pierwsze. Musisz przysiąc że nigdy więcej mnie nie zostawisz. Nie zniosę tego kolejny raz, Nick. – Intensywnie wbija spojrzenie w moje oczy.

- Przysięgam. – Odpowiada z całą mocą. – A drugi warunek? – Uśmiecham się szeroko i wyskakuję z łóżka nim zdąży mnie powstrzymać.

- Chce się z tobą ścigać na ćwierć mili. Tylko ty i ja! – Wołam wciągając na siebie koszulę Nicka i bieliznę. Nigdy się z nim nie ścigałam, a krążą o Nicku wręcz legendy jaki to z niego mistrz kierownicy.

- CO?! – Patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami. – Teraz?! Kompletnie oszalałaś! – Wykrzykuje kompletnie zbulwersowany. – Nie mamy dwóch samochodów. – Protestuje. Mój entuzjazm nie co oklapł. No tak. – Mam inny pomysł. – Uśmiecha się dwuznacznie. Podchodzę do niego wolnym krokiem i siadam mu na kolanach okrakiem.

- Myślałam, że pokazałeś mi cały repertuar swoich możliwości w nocy.  - Drażnię się z nim. Palcami zataczając kręgi na jego brzuchu.

- Mam jeszcze kilka opcji w zanadrzu. – Ustami dosięga mojej szyi. Uśmiecham się pod nosem z zadowolenia.

- Nie myśl sobie, że zapomnę o wyścigu, Nick.  - Odpowiadam niemal szeptem. – Załóżmy się, o coś. – Proponuję.

- A o co? – Odrywa się ode mnie i mruży oczy.

- Jeśli wygram będziesz moim niewolnikiem przez tydzień.- Mówię i przygryzam dolną wargę, aby się nie roześmiać na widok jego miny.

- Jeśli ja wygram to ty będziesz moim. – Jego pokerowa mina świadczy o tym, ze coś knuje.

- Zgoda. – Daje mu soczystego całusa. – Przegrasz, Evans. – Oświadczam z całą pewnością siebie. Nick nagle zmienia pozycję i nim się obejrzę, to już leżę pod nim.

- Ja już wygrałem, Green. – Odpowiada z ustami przy moich ustach. 

KONIEC

Dziękuję Wszystkim, którzy wytrwali aż do końca. Również tym, którzy dzielili się ze mną swoimi spostrzeżeniami, jak i tym którzy pozostali milczącymi, ale odwiedzali mojego bloga regularnie. Dzięki czemu mój blog znalazł się jakiś czas temu w Top 10 blogów, w kategorii – dla dorosłych. :)

Pozdrawiam Wszystkich Serdecznie. :)

Do zobaczenia wkrótce. 

71. Cała drętwieje na ciele i podtrzymuję się mocniej parapetu, aby nie upaść.

Od zajścia w domu Nicka mijają już cztery dni, ale dla mnie to jakby to było wczoraj. Stan Nicka się ustabilizował, jeśli można tak powiedzieć. Pierwszej doby zatrzymał się dwa razy, ale na szczęście były to jedyne incydenty przez ten czas. Niestety najgorsze jest to, że jeszcze się nie obudził. Ta bezsilność doprowadza mnie do szału. Każdego dnia ktoś z przyjaciół przychodził w odwiedziny. Pewnego razu straciłam cierpliwość i nawrzeszczałam na Lisę. Miałam już dość ciągłego jej marudzenia, pod tytułem: musisz coś zjeść, choć prześpisz się trochę, jesteś zmęczona i tym podobne. Tak mnie to drażniło, że w końcu nie wytrzymałam. Z drugiej strony wiem, że się o mnie martwią, bo ani na chwilę nie opuściłam szpitala. Można powiedzieć, że tu zamieszkałam. Na korytarzach słyszałam jak personel medyczny plotkuje na mój i Nicka temat. Wtedy zrozumiałam, że przecież to ten sam szpital, w którym ja dochodziłam do siebie i nawet ten sam oddział. Będą pogrążona w smutku i rozpaczy nawet tego nie zauważyłam. Raz słyszałam rozmowę dwóch przechodzących obok lekarek, które mówiły o tym jak Nick nie opuszczał szpitala, gdy ja leżałam nie przytomna, a teraz gdy z Nickiem jest źle. Na pewno wiedzieli, że nie układa się między nami. Gdy tu leżałam dało się to wyczuć, ale one uważały to za takie romantyczne. Natomiast ja za ironie losu i po prostu tragiczne. Wcale nie jest mi do śmiechu, gdy tak każdego dnia czytam gazetę nieprzytomnemu Nickowi z nadzieją, że mnie słyszy. Lekarze twierdzą, że gdy będzie gotowy to się wybudzi, ale ja znając się na medycynie wiem też, że miedzy wierszami można wyczytać, że może nigdy się nie wybudzić. Doznał poważnego urazu mózgu. Gdy przywieziono do do szpitala, podobno był z nim znikomy kontakt, ale jednak był. Po operacji już się nie wybudził.

Kończę czytać i odkładam gazetę na szafę obok łóżka. Przez chwilę przyglądam się bladej twarzy Nicka wspominając te dobre czasu. Nasze kłótnie i spory. Uśmiechem się pod nosem.

- Chodź, bo się spóźnimy Meg. – Odzywa się za moimi plecami Michael.

- Idź. Dogonię cię przy windach. – Odpowiadam. Słysze jak wzdycha, ale wychodzi z sali. Wstaję i nachylam się nad Nickiem. – Wrócę za dwie godziny, Nick. Nie odwalaj żadnych numerów. – Szepczę mu do ucha. Całuję go delikatnie w siny policzek i wychodzę.

Michael kilka dni temu poinformował mnie kiedy odbędzie się pogrzeb Gino. Czuwając przy Nicku nie wiedziałam co się dzieje na zewnątrz, ale wiedziałam jedno, że pożegnam Gino i podziękuję mu za uratowanie życia. Poprosiłam Kate, aby przywiozła mi jakieś czarne rzeczy do przebrania, a Michael zaoferował że wybierze się ze mną na pogrzeb.

Stoję sztywno z tyłu tłumu i patrzę jak flaga, która znajduje się na trumnie lekko jest podrywana przez wiatr. Zaciskam pięści i przypominając sobie wszystkie te chwile, gdy mnie ratował z opresji. Jego odwaga i instynkt opiekuńczy doprowadził go do śmierć. A może to ja go wykończyłam? Żałuję, że nie da się cofnąć czasu. Na pewno inaczej bym postąpiła. Wśród tłumu dostrzegam wielu przestępców, z którymi zadawał się Gino. Ogarnia mnie złość, że mieli czelność tu przyjść, ale im dłużej się im przyglądam dostrzegam że są poruszeni jego śmiercią. Oni wcale nie udają. Widzę tez Rico, który kiwa mi nieznacznie głową. Nie widziałam go od czasu bankietu w kasynie.

Ksiądz kończy i policjanci ubrań w mundury na ważne uroczystości oddają mu hołd. Za nim trumna zostanie wpuszczona do grobu jego rodzina żegna się z nim. Widzę jego rodziców oraz brata. Czuję jak łzy spływają mi po policzkach. Michael ściska moją dłoń okazując wsparcie. Trumna zostaje umieszczona w dole i zasypana ziemią. Większa część ludzi już się rozeszła, ale jego rodzina nadal stoi nad grobem. Doskonale wiem co teraz czują. Przechodziłam przez to kilka miesięcy temu. Podchodzę ostrożnie nad grób Gino. Wpatruję się w jego zdjęciu umieszczona na płycie nagrobnej.

- To pani uratował życie, prawda? – Odzywa się obok mnie nieznajomy męski głos. Unoszę głowę i staję oko w oko z jego ojcem.  Pospiesznie wycieram dłonią łzy z twarzy.

- Tak. Był moim przyjacielem. – Widząc smutek w oczach jego ojca, przygważdża mnie nie wyobrażalne poczucie winy.

- Proszę się nie obwiniać. On by tego nie chciał. – Mówi jakby czytając mi w myślach. Uśmiecham się blado i potakuję głową on także się uśmiecha. Klepie mnie po ramieniu i odchodzi do swojej rodziny. Po chwili u mego boku pojawia się Michael i podaje mi biała chusteczkę, ale nic nie mówi.

- Dziękuję, Gino… – Mówię cicho. To jedyne co przychodzi mi na myśl.

***

Dzień mija za dniem a szpital stał się moim drugim domem. Pielęgniarki zaproponowały mi, że mogę spać u nich w dyżurce ale ja i tak najczęściej spałam zwinięta w kłębek w fotelu, który stał w kącie sali. By cokolwiek zjeść schodziłam do bufetu. Czasem, któreś z przyjaciół coś przyniosło do jedzenia, ale apetyt i tak mi nie dopisywał. Kate dostarczyła mi mały plecak z ciuchami na zmianę. Wiedziałam, że nie mogę tu czekać w nieskończoność, aż się Nick wybudzi ale innego celu teraz nie widziałam w życiu. Michael zajął się rozkręceniem naszego biznesu ja do tego głowy teraz nie miałam. Przyjaciele próbowali mnie wyciągnąć ze szpitala, ale ich namowy na nic się nie zdały, a powodowały jedynie zwiększenie się mojej irytacji. Nie chciałam kolejnego wybuchu, ale czułam że zbliżam się do granicy załamania.

- Obudź się wreszcie do cholery! – Wybuchłam, po przeczytaniu mu działu sportowego. Wpatruję się intensywnie w Nicka, ale nie dostrzegam żadnego poruszenia. Kompletnie załamana opieram głowę na łóżku i obejmuję ją dłońmi. – Nie dam rady tak dłużej. Co mam zrobić byś wrócił? – Pytam zdławionym głosem. – Już sama nie wiem, czy lepiej by było byś nie żył niż tkwił nieprzytomny w tym łóżku z nikłą nadzieją, że się kiedyś obudzisz? – Oczy mnie szczypią, ale nie ronię ani jednej łzy. Ostatnio tyle płakałam, że chyba wyczerpałam swój limit. – Mam ci wybaczyć?! – Znowu podnoszę nieco głos. Chwytam się ostatniej deski ratunku. Unoszę głowę. – To proszę bardzo. – Mówię ze złością. – Wybaczam ci, Nick, że byłeś takim dupkiem i mnie zostawiłeś kiedy cię najbardziej potrzebowałam, bo ty uważałeś że tak będzie dla nas najlepiej! – Warczę wytrącona kompletnie z równowagi. Zrywam się na równe nogi i odkładam gazetę na szafkę. Podchodzę do okna i opieram się o parapet. Niewidzącym wzrokiem patrzę w dal, a tak naprawdę próbuję zapanować popadnięciem w obłęd, jak wtedy po śmierci Nicka.

- No … wreszcie… . – Ciszę przerywa słaby głos Nicka. Cała drętwieję na ciele i podtrzymuję się mocniej parapetu by nie upaść. Serce zaczyna szybciej bić, a przyjemne ciepło rozlewa się po całym ciele. – Meeg? – Słyszę ponownie jego głos. Może dorobiłam się już halucynacji? Biorę kilka głębokich oddechów by się uspokoić i się odwracam. Od razu napotykam nie co mętne spojrzenie Nicka. Patrzę z niedowierzaniem na niego.

- O mój Boże. – Wyduszam z siebie w końcu. Nick uśmiecha się z wysiłkiem. On naprawdę się obudził! Wykrzykuję w myślach i niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przytomniej i wybiegam z sali. Zatrzymuję się dopiero przed dyżurką pielęgniarek.

- Obudził się! – Wykrzykuję do nich.

- Idę po lekarza. – Odzywa się jedna z nich i mija mnie w drzwiach. Oddziałowa wraca ze mną na salę. Odsuwam się w kąt, aby nie przeszkadzać, po chwili do sali wchodzi lekarz. Nick wygląda na skołowanego, podczas badania i co chwila posyła mi pytające spojrzenia. Wykorzystując to, że lekarz zadaje mu mnóstwo pytań, wychodzę na korytarz i dzwonię do Dana i Michaela, aby poinformować ich o dobrej nowinie. Gdy wracam do sali lekarz zleca badania na kolejne dwa dni. Wychodząc uśmiecha się do mnie i potakuje głową. Pielęgniarki jeszcze zajmują się Nickiem i po chwili opuszczają salę uśmiechając się do mnie znacząco. Kręcę głową rozbawiona ich zachowaniem. Zostajemy sami. Nie mam pojęcia co ze sobą zrobić i co powiedzieć.

- Jak się czujesz? – Wyduszam z siebie.

- Całkiem znośnie. – Odpowiada cicho. Mimo, że leżał kilkanaście dni bez ruchu wygląda na wykończonego.

- Zawołać pielęgniarkę by podała ci coś przeciwbólowego? – Pytam zaniepokojona.

- Nie trzeba. Usiądź przy mnie. – Spełniam jego prośbę i siadam na krześle przy jego łóżku. Nick uważnie studiuje moją twarz, gdy słabe światło lampki nocnej pada na mnie.

- Wyglądasz okropnie. – Odzywa się po chwili.

- Wolałabym coś w stylu miło cię widzieć. – Odpowiadam z nutką ironii. Nick uśmiecha się lekko. Jak dobrze widzieć, że żyje i kąsa.

- Mówiłaś serio? – Pyta poważnym głosem. Patrzę na niego zdezorientowana. – To, że wybaczasz mi? – Dodaje, widząc moją minę. Zaskoczył mnie tym pytaniem. Nie sądziłam, że temat tak szybko wypłynie.

- Wiele rzeczy mówiłam, Nick. – Mówię wymijająco.

- Odpowiedz, Meg. – Naciska. Przez chwilę zastanawiam się, czy to co mu powiedziałam jest prawdą, czy tylko efektem zdenerwowania.

- Wybaczyłam ci, Nick. – Odpowiadam cicho. Zamyka oczy i je otwiera z widoczną ulgą w oczach.

- Zdecydowałaś się dać nam szansę? – Dopytuje się słabym głosem. Nie powinniśmy o tym rozmawiać, kiedy jest jeszcze w nie najlepszym stanie.

- Powiedziałam, że wybaczyłam ci, a nie że wracamy do siebie, Nick. – Wzdryga się na łóżku, a w pokoju rozlega się przyspieszona pikanie urządzenia monitorującego pracę serca.

- Nie denerwuj się teraz. Wrócimy do tej rozmowy jak będzie z tobą lepiej. – Mówię szybko, by go uspokoić. Pikanie trochę zwalnia. - Pójdę już do domu. – Odzywam się i wstaję z krzesła. – Powinieneś odpocząć. Jutro pewnie będziesz miał sporo odwiedzin. – Zbieram swoje rzeczy i wszystko zapakowuję do plecaka.

- Zostań jeszcze chwilę. – Prosi Nick. Wpatruje się we mnie niemal błagalnie. – Przecież nic ci nie zrobię. – Dodaje. Waham się, ale w końcu ulegam.

- Chcesz pooglądać telewizję? – Proponuję, by wypełnić czymś między nami ciszę. Dziwna atmosfera panuje między nami. Włączyłam jakiś mecz, w końcu lubił sport. Siedzę tak wpatrując się w ekran, ale czuję na sobie wzrok Nicka. Nie mam odwagi by na niego spojrzeć. Ma wypoczywać, a nie się denerwować. Czuję taką ulgę, że nie umiem tego opisać. Nick się obudził i wkrótce stanie na nogi. To jest teraz najważniejsze. Zerkam na niego z ukosa by sprawdzić czy śpi. Ma zamknięte oczy i oddycham regularnym rytmem. No nareszcie. Nie mogę się doczekać jak znajdę się w swoim wygodnym łóżku. Cicho wstaję i wyłączam telewizor. Przez chwilę obserwuję Nicka, po czym z wahaniem pochylam się i składam delikatny pocałunek na jego szorstkim policzku. Prostuję się i gaszę światło.

- Wolałbym w usta. – Mówi Nick cicho. Zatrzymuję się z ręką na klamce i uśmiecham się szeroko, wiedząc że jest ciemno i mnie nie widzi.

- Pieprz się Evans. – Mówiąc to staram się mieć urażony głos.

- Z tobą? Ślicznotko uważaj, bo spełnię twoje żądanie. – Odpowiada, tak jak kiedyś, gdy pierwszy raz odwiedził mnie w warsztacie. Przykładam rękę do ust, aby nie roześmiać się na głos.

- Co ty nie powiesz. Dobranoc. – Mówię i otwieram drzwi.

- Do jutra. – Odpowiada, a ja wychodzę z sali.

***

Przez kolejne dni jednak nie pojawiłam w szpitalu, by odwiedzić Nicka. Jakoś nie bardzo wiem jak się zachować w tej sytuacji, a nie chciałam jej jeszcze bardziej pogarszać. Chcąc zagłuszyć wyrzuty sumienia zabrałam się za przeglądanie dokumentów, które zostawił mi Michael. Nie wiem co bym bez niego zrobiła. Ogarnął większość papierkowej roboty i umówił pod koniec tygodnie na obejrzenie dwóch miejscówek, w której być może powstanie pierwszy warsztat. Gdy ogarnęłam wszytko związane z interesami nie mogłam znaleźć sobie zajęcia, więc postanowiłam zrobić mały przegląd swojemu samochodowi. Pojechałam do warsztatu Johna, gdzie zawsze na zapleczu jej wolne stanowisko dla pracowników warsztatu.

- A więc tu się schowałaś? – Mówi powoli Michael. Szybko się prostuję i głową uderzam w otwartą maskę.

- Cholera. – Mruczę zdenerwowana i rozcieram sobie czubek głowy. Jak nic guza będę mieć.

- Wcale się nie chowam. – Odpowiadam urażona i wycieram dłonie w brudną szmatę. Podnoszę na niego wzrok. Obok niego stoi Dan. Obaj wpatrują się we mnie z nietęga miną. – Z jakiej okazji ta delegacja? – Pytam choć doskonale wiem o co chodzi. Biorę z podłogi drugi klucz i ponownie zaglądam do silnika.

- Od paru dni nie pojawiłaś się w szpitalu. – Zaczyna Dan.

- No i co z tego? – Pytam spokojnie.

- Najpierw nie chciałaś choć na chwilę opuścić Nicka, a teraz  nie chcesz go odwiedzać. – Dodaje Michael.

- A może Nick sobie tego nie życzy. – Odpowiadam zaczepnie.

- Gówno prawda i dobrze o tym wiesz. – Nie odpuszcza Dan. – Nick codziennie o ciebie wypytuje. Chciał z tobą porozmawiać.

- I w tym rzecz. – Krzywię się.

- Nie możesz unikać go w wiecznie. – Wtrąca się Michael. Wkurzają mnie obaj, ponieważ mają rację. Nie cierpię jak mają rację. Prostuję się i odwracam do nich twarzą. Obaj stoją ze skrzyżowanym rękoma.

- Prawda jest taka, że ja nie jestem gotowa na tą rozmowę. – Przyznaję w końcu.

- Powiedział, że mu wybaczyłaś. – Mówi natychmiast Michael.

- Ale to nie jest równo znaczne z tym, że się zejdziemy. – Odwarkuję. – A wy panowie… – Celuję w nich kluczem trzymanym w dłoni. Obaj wpatrują się w niego z niepokojem. – … nie bawcie się w swatki. – Obaj jak na komendę robią oburzoną minę. – Zamieniacie się w zrzędzące baby.

- Akurat. – Prycha Dan.

- Jak ty coś powiesz… – Wtóruje mu Michael.

- A teraz wynocha. Przeszkadzacie mi, a muszę to skończyć. – Wskazuję na silnik.

- Mówię ci odwiedź go. – Dodaje na odchodnym Dan i obaj wychodzą z warsztatu demonstracyjnie pokazując swoje niezadowolenie. Wzdycham ciężko. Jestem pewna, że na jednej delegacji się nie skończy. Kończę to co zaczęłam, ale cały czas z tyłu głowy mam ich słowa. Gdy wracam do mieszkania jest już godzina 17. Przebieram się w cieplejsze ubrania. Jesień tego roku jest dość chłodna i ruszam z ciężkim sercem do szpitala.

Gdy idę przez znajome mi korytarze ludzie, których zdążyłam poznać uśmiechają się do mnie ciepło. Po drodze do szpitala wstąpiłam do cukierni i kupiłam kawałek ulubionego ciasta Nicka. Jakoś tak głupia iść w odwiedziny z pustymi rękoma. Zatrzymuję się przed drzwiami do jego sali i pukam.

- Proszę. – Słyszę jego znużony głos. Biorę głęboki oddech i wchodzę do środka. Nick leży na plecach wpatrując się w sufit. Przenosi na mnie wzrok i jego oczy rozszerzają się z zaskoczenia.

- Cześć. – Witam go. – Mam coś dla ciebie. – Pokazuję mu mały pakunek i kładę go na szafce obok łóżka. Wygląda o wiele lepiej niż parę dni temu. Nie jest już chorobliwie blady, zniknęły też sińce pod oczami, no i jest ogolony.

- Dziękuję. – Odpowiada i wraca do wpatrywania się w sufit. No pięknie obraził się na mnie. Nie zrażona jego zachowaniem siadam obok.

- Widzę, że zachwyciła cię biel tego sufitu. – Rzucam od niechcenia w próbie sprowokowania go. Mięsień niebezpiecznie drga mu na twarzy. Powstrzymuję się od uśmiechnięcia się na ten widok.

- Czemu mnie nie odwiedzałaś? – Pyta sucho nadal nie odrywając oczu od sufitu.

- Byłam zajęta.

- Kłamiesz. – Stwierdza i zerka na mnie z ukosa.

- Po co pytasz skoro wiesz. – Mówię spokojnie. Nie dam się wyprowadzić z równowagi.

- Dan mi powiedział co się wydarzyło w domu. – No pięknie, zaczyna się. Myślę sobie. – Dziękuję ci. – Dodaje z uczuciem. Drgam na krześle. Tego się nie spodziewałam.

- Nie ma za co. Postąpił byś tak samo. – Odpowiadam z lekkim uśmiechem.

- Pamiętam jak mówiłaś do mnie. Nawet nie wiesz jaką ulgę poczułem wtedy. – Nic nie odpowiadam. Nawet nie wiesz jaką ja ulgę poczułam, gdy się obudziłeś. Dodaję w myślach. – Chłopaki powiedzieli, że cały czas siedziałaś przy mnie, gdy byłem nie przytomny. Nie chciałaś opuścić szpitala. – Teraz już odwraca głowę by dobrze mnie widzieć. – Podobno czytałaś mi gazety. Mówiłaś do mnie. – Wylicza. – Czasem wydaje mi się, że słyszałem jak płakałaś. – Zaciskam mocno dłonie, aż mi kostki bieleją. Nie jestem w stanie odwrócić od niego wzroku. Czuję jak łzy zaczynają mi spływać po twarzy. – Powiedz mi, prawdę Megan. Boisz się, że ponownie cię zranię, prawda?

- Tak. – Mówię cicho. – Ten strach niemal mnie paraliżuje.

- Wiesz, że jesteśmy skazań na siebie? – Słysząc to uśmiecham się gorzko.

- Niestety tak. – Nick też się uśmiecha i wyciąga dłoń i gładzi moje dłonie, abym się rozluźniła i rzeczywiście tak się dzieje.

- Zrobię wszytko, abyś mi znowu zaufała. – Mówi stanowczo. – Chodź. – Pociąga mnie lekko do siebie. Orientuje się o co mu chodzi.

- Oddziałowa mnie zabije. – Nick parska śmiechem.

- Wtedy będziemy leżeć w jednej sali obok siebie. – Stwierdza z zadowoleniem. Kładę się obok niego, a Nick obejmuje mnie ramieniem. Wzdycham cicho.

- Zażądam osobnej sali. – Odpowiadam przemądrzale.

- Upierdliwa jesteś. – Stwierdza.

- A ty jeszcze nie masz mnie dość. Masochista z ciebie. – Nie odpowiada. Unoszę głowę by na niego spojrzeć. Ma zamknięte oczy. – Hej, wszystko w porządku? – Pytam zaalarmowana.

- Tak. Po prostu dobrze mieć cię przy sobie. – Rzadko tak mówił do mnie. Nigdy nie wiedziałam co tak naprawdę do mnie czuje, aż do momentu kiedy go postrzreliłam, gdy powiedział mi że mnie kocha. Chichoczę pod nosem. Teraz ta sytuacja wydaje się być taka absurdalna.

- Chyba za mocno oberwałeś w głowę. – Otwiera jedno oko.

- Czemu tak sądzisz?

- Gadasz jak pieprzony Romeo. – Odpowiadam z uśmiechem.

- Może i tak, ale za to ty masz nie wyparzony jęzor. – Odgryza się natychmiast. Przez resztę odwiedzin żadne z nas nie porusza już tego tematu.

70. Za dużo śmierci wokół mnie.

Skradamy się powoli w stronę domu. Całe szczęście, że się ściemniło. Będzie nam łatwiej wziąć Monikę z zaskoczenia. Dan ma iść od strony drzwi frontowych, a ja od tyłu domu. Po kilku minutach rozdzielamy się i każde z nas idzie w swoją stronę. Podchodzę z mocno bijącym sercem do drzwi od kuchni. Ostrożnie zaglądam do środka, ale nie dostrzegam niczego podejrzanego. Kuchnia jak kuchnia. Wytężam wzrok by zobaczyć czy coś się dzieje w salonie, ale niestety widzę tylko część kanapy i schody, które prowadzą na piętro. Może rzeczywiście zareagowałam zbyt impulsywnie i przesadzam, ale coś mi mówi, że coś jest nie tak. Ja zwiałam na dwa tygodnie do Miami, ale Nick został. W końcu on też jej zaszedł za skórę. Pochylona podchodzę do drugiego okna od kuchni i podobnie jak wcześniej zaglądam do środka… i patrzę prosto w upiorną twarz Moniki. Wystraszona upadam do tyłu na plecy co dobrze się złożyło, bo po chwili rozległy się wystrzały. Kule tylko świsnęły mi nad głową. Jasna cholera! Miałam rację. Nie tracąc czasu, kopniakiem otwieram drzwi od kuchni i wpadam do środka z uniesioną bronią w pogotowiu. Czuje rozglądam się dookoła, ale nikogo tu nie ma. Ostrożnie podchodzę do ściany, która oddziela kuchnie od salonu. Wychylam się i szybko chowam z powrotem. W miejscy, gdzie przed chwila znajdowała się moja głowa widnieją dziury po kulach. Kucam i znów się wychylam na szczycie schodów stoi Mocnika, a zaraz za kanapą stoi jakiś mężczyzna. Kolejne wystrzały zmuszają mnie do wycofania się za ścinę. Co teraz? Co teraz? Powtarzam w myślach. Myśl Megan. Myśl!

Mogę wpaść do salonu i rzucić się za kanapę, ale koleś przy drzwiach może mnie ściąć jedną serią. Gdzie do cholery jest Dan? Warczę w myślach. Któreś z nick muszę unieszkodliwić. Wychylam się i oddaję parę strzałów w stronę Moniki, ale w tym samym momencie drzwi frotowe otwierają się z hukiem i wpada przez nie Dan prost na mężczyznę. Obaj upadają na podłogę i zaczynają się zaciekle szarpać. Zerkam na Mocnikę, która zbiega już po schodach. Nie wiele myśląc rzucam się za nią i dopadam w drzwiach do piwnicy. Kobieta widząc, że nie ucieknie odwraca się i wymierza mi cios prosto w szczękę. Ból rozsadza prawą stronę mojej twarzy, ale nie pozwalam by mnie zaślepił. Podcinam jej nogi i obie upadamy na podłogę. Wdrapuję się na nią i zadaję kilka ciosów w twarz.

- Gdzie jest Nick? – Warczę pomiędzy ciosami.

- Nie żyje. – Mówi i zanosi się śmiechem, który jeży mi włosy na karku.

- Kłamiesz. – Uderzam ją w twarz. To nie możliwe. Kłamie zdzira by mnie zranić i rozwścieczyć jeszcze bardziej. Za sobą słyszę dwa wystrzały i zamieram wystraszona. O nie,Dan!

- Dan!? – Wołam głośno, ale odpowiada mi cisza. Tylko nie to. Błagam! Wykrzykuję w myślach. Monika wykorzystuję moją chwilową nie uwagę i jednym ruchem zruca mnie z siebie, po czym zaciska dłonie na mojej szyi. Zaczynam się dusić.

Walczę zaciekle o każdy oddech, ale ona coraz mocniej zaciska palce. Nie mogę się poddać, nie teraz. Czuję, że za chwilę stracę przytomność. Na oślep szukam rękoma czegokolwiek i wtedy przez załzawione oczy dostrzegam szafkę obok mnie, a na niej stoi nowy kryształowy wazon. Poprzedni przecież rozbiłam na głowie Dana. Ostatkiem sił uderzam mocno w szafkę. Wazon stojący na niej kołyszę się i spada wprost na głowę Mocniki, która upada na mnie całym ciałem kompletnie bezwładna. Krztusząc się zrzucam jej ciało z siebie i wstaję, ale kręci mi się trochę w głowie z powodu braku powietrza. Chwiejnym krokiem ruszam w stronę drzwi wejściowych, gdzie powinnam ujrzeć Dana i tego mężczyznę.

- Dan? – Ponawiam pytanie, ale odpowiada mi cisza. Ze skręconym z nerwów żołądkiem zaglądam za kanapę. Obaj leżą na podłodze, w tym że jeden z nich żyje.

- Jak cię wołam to odpowiadaj do cholery! – Warczę rozwścieczona do niego. Leży z szeroko otwartymi oczami wpatrując się we mnie oszołomiony. Na koszulce ma ślady krwi. – Jesteś cały? – Przesuwam dłońmi po jego ciele w poszukiwaniu rany.

- Nie. Zabiłem go. – Wskazuje na faceta obok. Wygląda jakby był w szoku. – Gdzie Mocnika?

- Jest nie przytomna.

- A Nick? – W tej chwili przypominają się mi słowa tej zdziry, że Nick nie żyje.

- Nie wiem. – Odpowiadam zdławionym głosem. – Dzwoń po policję, a ja  sprawdzę resztę pomieszczeń. – Dan kiwa głową i podnosi się z podłogi. Mijam nieprzytomną Monicę i schylam się pod swoją broń. Przypomina mi się, że biegła w stronę piwnicy. Czyżby tam go przetrzymywali. Otwieram drzwi schodzę ostrożnie na dół. Mijam drzwi od siłowni i zapalam kolejne światło. Przechodzę przez wąski korytarz i zatrzymuję się przed metalowymi drzwiami, która zamknięte są na wielką zasuwę. Panika ściska mi płuca i zaczynam się hiperwentylować.

- Spokojnie. Tylko spokojnie. – Mówię do siebie i otwieram powoli drzwi, które wydają upiorny dźwięk. W środku panuje kompletna ciemność i jest strasznie zimno. Strach prawie, że mnie paraliżuje, ale robię kilak kroków na do przodu, podpierając się jedną ręką ściany, aby się nie przewrócić. Dłonią natrafiam na włącznik światła. Zrób to i miej to już za sobą. Mówię do siebie w myślach.

Trzy. Dwa. Jeden… .

W pomieszczeniu rozbłyska światło. Rozglądam się po nim, ale niczego nie widzę. Pełno tu starych zakurzonych gratów. Nagle mój wzrok pada na postać całą we krwi, która siedzi na krześle pod ścianą. Głowa smętnie zwisa opierając się o klatkę piersiową. Nie widzę, by oddychał. Na drżących nogam bezszelestnie podchodzę do niego. Dopiero teraz zauważam, że jest przywiązany do krzesła. Dwoma palami dotykam jego szyi, by sprawdzić czy ma plus. Wzdrygam się, gdy czuję pod palcami chłód jego skóry, a w oczach wzbierają mi łzy.

- To nie może być prawda. – Mówię do siebie szeptem.- Nick nie możesz mi tego zrobić. – Szepczę oskarżycielsko. Gdy mam już oderwać dłoń wyczuwam puls. Jest ledwo wyczuwalny, ale jednak. Nie mam pojęcia jakie ma obrażenia i jak długo to przebywał, ale natychmiast musi się znaleźć w szpitalu.

- Nick?! Słyszysz mnie? – Biorę jego twarz w dłonie i podnoszę ostrożnie w górę, bym mogła na niego spojrzeć. Twarz ma całą posiniaczoną, a w paru miejscach ma kilka głębokich ran. Na całej twarzy ma zaschniętą krew. Zagryzam mocno zęby, aby nie stracić nas sobą panowania.

- Nic…ci…nie …powiem. – Jęczy cicho Nick, ale nie otwiera oczu.

- To ja Megan. – Odpowiadam głośno. Jego ciało drga, słysząc mój głos, ale nadal nie otwiera oczu. Przypuszczam, że jest kompletnie wycieńczony. Szybko go odwiązuję od krzesła i jego bezwładną rękę przerzucam przez swoje ramię. 

- Musisz mi trochę pomóc, Nick. Nie jestem tak silna. – Mam nadzieje, że mnie posłucha. Kumuluje resztki sił i go podnoszę. Nick opiera się całym ciężarem ciała o mnie.

- Megan….to …ty? – Szepcze tak cicho, że ledwo go słyszę.

- Tak. A teraz zrób krok do przodu.

- Nie dam…rady… – Wzdycha.

- Pomogę ci. No dalej. – Pociągam go do przodu, a on powłóczając nogami robi male kroki na przód. Jestem cała zalana potem od nadmiernego wysiłku, ale ani na krok nie zwalniam uścisku. Najgorzej było na schodach. Myślałam, że Nick nie da rady, albo oboje spadniemy do tyłu i się potłuczemy. Na szczęście nic z tych rzeczy się nie stało, ale na ostatnim schodku się zachwiał i runął na mnie. Chwilę tak trwaliśmy w dziwnej pozycji.

- Nick, słyszysz mnie? – Szepczę mu do ucha. Lekko potakuje głową. – Jeszcze jeden schodek i odpoczniesz. – Próbuję go nakłonić do wysiłku. Przekręcam się pod nim i biodrem opieram się o ścianę, a drugą ręką łapie go pewnie za talię i zmuszam go do ostatniego kroku. Gdy wreszcie wygramoliliśmy się na zewnątrz, pod Nickiem uginają się nogi i osuwa się na podłogę pociągając mnie za sobą. Wyplątuję się z jego kończyn.

- Nick? Nick, słyszysz mnie? – Pochylam się nad nim, ale on nie odpowiada. Serce wali mi mocno w piersi z nerwów. – Wytrzymaj jeszcze trochę. Zrobię wszystko, tylko nie umieraj.  - Mówię zdławionym głosem. Podnoszę się i wbiegam do salonu rozglądając się za Danem.

- Dan?! – Wołam głośno.

- Jestem na zewnątrz!. – Dochodzi do mnie stłumiony głos Dana. Przez okno w salonie dostrzegam kilka radiowozów oraz Dana jak kończy rozmawiać z policjantem. Wzdycham z ulgą. To już koniec tego całego gówna, myślę i wtedy pewna myśli uderza mnie z siłą rozpędzonego pociągu. Cała sztywnieję i odwracam się napięci. W drugim końcu pokoju stoi Monika z wycelowanym we mnie pistoletem.

- Zabrałaś mi wszytko Green. – Odzywa się ostrym tonem. – Ojca, brata i miłość mojego życia. – Drży jej ręka w której trzyma broń. Wystarczy jeden ruch i po mnie. Ona myśli, że Nick nie żyje.

- To ty sama odebrałaś życie Nickowi. Nie ja. – Odpowiadam spokojnie.

- Nieprawda! Nick aż do końca ciebie bronił i skończył jako trup we własnej piwnicy. To ty go zabiłaś. – Śmieje się ochryple niczym wariatka. – Jeśli ja nie mogłam go mieć to ty też! – Wykrzykuje. Kątem oka od strony kuchni dostrzegam ruch. Ktoś powoli się skrada w nasza stronę. Nie wiem czy to wróg, czy sprzymierzeniec. Oby to drugie.

- Nie zabiłam twojego ojca.

- Łżesz jak pies, dziwko! – Podnosi wyżej broń.

- Po co tu przyszłaś? – Pytam i robię ostrożnie krok w tył.

- Żeby się zemścić i jak przewidywałam przyszłaś mu na pomoc. Co prawda za późno dla Nicka, ale pocieszę cię że za chwilę do niego dołączysz. – Uśmiecha się szeroko. Ona kompletnie zwariowała. Powoli wyciągam rękę za siebie w poszukiwaniu broń, którą mam za paskiem spodni, albo ona albo ja.

- Teraz zapłacisz mi za wszystko, Green. – Monika odbezpiecza broń i celuje mi w serce. Widzę jak powoli naciska spust i w tej chwili dzieje się kilka rzeczy na raz. Ja wciągam broń za paska i oddaję kilka strzałów w stronę Moniki. Osoba, która skradała się w naszą stronę wyskakuję z cienia i osłania mnie własnym ciałem, gdy ta strzela w moja stronę. Mężczyzna dostaje trzy postrzały w klatkę piersiową i osuwa się na podłogę. Monika upada do tyłu i nieruchomieje. Przez otwarte na oścież drzwi wejściowe wpada kilka policjantów z bronią w pogotowiu. Ktoś zapala światło. Mój wzrok pada na mężczyznę, który przyjął kule przeznaczone dla mnie. Widząc kim on jest wypuszczam broń z ręki, która upada z głuchym łoskotem na dywan. W jego kaltce piersiowej widnieją dwie rany postrzałowe.

- O mój Boże, Gino. – Upadam na kolana przed nim. Dłońmi tamuje krwawienie. – Coś ty zrobił? – Mężczyzna nieprzytomnym wzrokiem toczy po pomieszczeniu, aż zatrzymuje się na mojej twarzy.

- Meg… – Wzdycha z ulgą. – Żyjesz… .

- Tak, ale za to z tobą nie jest najlepiej. – Mówię przez łzy, które skapują mi z policzków na jego zakrwawioną koszulę.

- To tylko … zadraśnięcie. – Opowiada słabo.

- Lekarza! – Wydzieram się na całe gardło. Wokół nas tłoczą się ludzie. – Pomóżcie Nickowi!

- Ratownicy już zajęli się tamtym mężczyzną – Odpowiada, któryś z policjantów. Po kilku sekundach pada do środka kolejny zespół ratowniczy. Od razu zajmują się Gino i tamują krwawienie. Zabierają go na nosze i wychodzą z domu. Nadal klęczę na dywanie zbyt oszołomiona by się ruszyć z miejsca. Najpierw Nick. Teraz Gino. Nie wytrzymam tego dłużej.

- Megan… – Dociera do mnie jakby z oddali głos Dana. – Meg? – Podnoszę na niego nieprzytomny wzrok. – Choć. – Pomaga mi wstać, ale moje ciało nie chce wcale współpracować. Bierze mnie na ręce i wynosi na zewnątrz.

Mam wrażenie, że to co się potem dzieje oglądała w przyspieszeniu. Obie karetki odjeżdżają na sygnale. Policjanci zadają mi i Danowi mnóstwo pytań. Okazuje się, że zastrzeliłam Monikę. Powinnam czuć ulgę, ale tak nie jest. Nienawidziłam jej z całego serca, ale nie chciałam jej zbić. Co prawda to była obrona własna. Wreszcie jesteśmy wolni i oboje wracamy do miasta. Dan kieruje, ponieważ ja nie jestem w stanie. Po drodze zadzwonił do naszych przyjaciół i poinformował o tym co się stało.

- Do szpitala? – Przerywa ciszę panującą między nami.

- Tak.

Parkuje na parkingu, a ja nie czekając na niego biegnę w kierunku izby przyjęć. Wpadam jak burza do ogromnego holu i podchodzę do stanowiska pielęgniarek.

- Nie dawno przywieziono do was dwóch mężczyzn. Może mi pani powiedzieć co z nimi? – Pytam pierwszej z brzegu pielęgniarki. Lustruje mnie ona wzrokiem. Uświadamiam sobie, że mam ubranie uwalone krwią, ale mam to gdzieś.

- Jest pani kimś z rodziny? – Pyta uprzejmie. Przytakuję pospiesznie. Jej mina świadczy o tym, że mi nie wierzy.

- Jestem narzeczoną jednego z nich, a drugi uratował i życie. – Mówię zniecierpliwiona. Co prawda kłamię w sprawie Nicka, ale inaczej nic by mi nie powiedziała.

- Na pierwszym piętrze, po lewo na końcu korytarza jest pokój lekarzy. Proszę się ta udać. – Odpowiada po chwili namysłu. Okręcam się na piecie i ruszam w kierunku wind. – I dobrze by było jakby się pani umyła. – Krzyczy za mną. Winda od razy zjeżdża na dół i  się otwiera. Gdy zamykają się drzwi widzę jak Dan wbiega do holu szukając mnie wzrokiem.

Mam wrażenie, że winda wlecze się nie miłosiernie w górę. Musze wiedzieć co się z nimi dzieje. Wreszcie się zatrzymuje. Wybiegam z niej i skręcam w lewo. Docieram do pokoju wskazanego przez pielęgniarkę. Już mam zapukać, gdy drzwi się otwierają.

- Pani do kogo? – Pyta uprzejmie lekarz w średnim wieku. Tłumaczę mu pośpiesznie w czym rzecz.

- Proszę usiąść. – Wskazuje mi krzesła pod ścianą. Posłusznie siadam. Dłonie mi tak drżą, że nie jestem w stanie ich opanować.

- Pani Green nie mam dobrych wiadomość. – Zaczyna mówić. – Pan Evans doznał wielu poważnych urazów wewnętrznych. Jest stan zdrowia jest bardzo zły. Proszę być przygotowanym na to, że może nie przeżyć do rana.

- A co z Roberto Dawson? – Pytam wypranym z emocji głosem. Lekarz patrzy na mnie ze współczuciem. Wstrzymuję oddech.

- Niestety zmarł kilka minut po przywiezieniu do szpitala. – Z mojego gardła wyrywa się szloch. – Zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy. Bardzo pań współczuję… – Przerywa i zerka na pikający pager. – Przepraszam. Kolejne wezwanie. – Wstaje i odchodzi pospiesznie. Zostaję sama. Podciągam kolana pod brodę i chowam między nimi głowę.

Gino nie żyje. Kompletnie to do mnie nie dociera. Zaczynam szlochać coraz bardziej poddając się przytłaczającym mnie emocjom. Przeze mnie zginął dobry człowiek. To wszystko moja wina. Sprowadzam tylko nieszczęścia na siebie i bliskie mi osoby.

- Meg. – Obok mnie pojawia się Dan. Siada obok mnie. – Co z Nickiem? – Pyta cicho. Podnoszę głowę by na niego spojrzeć. Dan wzdryga się i przerażony otwiera usta by coś powiedzieć, ale nic się z nich nie wydobywa.

- Żyje. Lekarz powiedział by być przygotowanym na najgorsze, bo jest w bardzo kiepskim stanie. – Gdy wypowiadam ostanie słowa głos mi się łamie.

- Wszystko będzie dobrze. – Pociesza mnie Dan i obejmuje ramieniem. – Nie płacz.

- Gino nie żyje. – Dan sztywnieje.

- Przykro mi. – Odpowiada po chwili.

- Zasłonił mnie własnym ciałem, gdy Monika do mnie strzeliła. – Kontynuuje jakby nie słyszała tego co powiedział przed chwilką. – To moja wina, że nie żyje. – Mówię płaczliwie. – Moja wina. – Powtarzam.

- To nie twoja wina, Megan. – Zaprzecza gwałtownie Dan. – Każdy z nas zrobiłby to na jego miejscu. Zależało mu na tobie. – Mówi cicho. Bardziej niż ci się wydaje. Dodaję w myślach. Straciłam przyjaciela. Znałam go tak krótko, ale wystarczająco by wiedzieć, że to wspaniały człowiek. Pomógł mi wiele razy, gdy byłam w opałach. Tak jak teraz. A teraz jeszcze Nick leży ledwo żywy i nie wiadomo czy z tego wyjdzie. Nie przeżyję drugi raz jego śmierci. To dla mnie za dużo. Nie dam rady kolejny raz przez to przechodzić. Za dużo śmierci wokół mnie.

- Chodźmy do Nicka. – Mówi łagodnie Dan. Wstaję, ale chwieję się na nogach. Jestem kompletnie zmęczona tym wszystkim. Za nim poszłam do Nicka umyłam twarz i ręce w łazience. Spojrzałam na siebie w lustrze. Jestem blada i mam zapuchnięte oczy od płaczu. Moja mina nie wyraża żadnych uczuć jakbym była wyprana z emocji, ale w środku aż kotłuje się we mnie od nich.

Wchodzę do sali w której jest Nick. Leży podłączony na aparatury. Uważnie mu się przyglądam. Na całym ciele ma mnóstwo siniaków oraz rozcięć. Do oczy napływa mi kolejna fala łez, ale tym razem wściekłości.

- Co ona ci zrobiła Nick? – Mówię cicho. – Wyglądasz okropnie. – Dodaję. – Jego twarz jest nieruchoma. Oczy ma zamknięte, a respirator który ma podłączony oddycha za niego. – Nie możesz się teraz poddać, Nick. Musisz walczyć. – Wycieram dłońmi mokre policzki. Wyciągam rękę i delikatnie chwytam jego dłoń. – Nadal cię kocham, ale też trudno mi przeboleć to co zrobiłeś. – Mówię cały czas bez ładu. Czuję potrzebę, że muszę do niego mówić. Może mnie słyszy, mimo że jest nie przytomny. – Jak mam ci dać kolejną szansę skoro ty ty leży bez życia? Wróć. Zrobię wszystko, tylko wyzdrowiej. – Łzy płyną mi po policzkach nieprzerwanym strumieniem. Nie mogę go stracić nie teraz. Przez następne kilka godzin mówię do niego, aż zasypiam nie wiadomo kiedy przy jego łóżku.

Ktoś potrząsa mną lekko. Unoszę ociężałą głowę i rozglądam się nieprzytomnie po sali. Obok mnie stoi Kate i Michael, Oboje mają zatroskane twarze. Szybko przenoszę wzrok na łóżko. Nick nadal żyje, ale jest nie przytomny.

- Która godzina? – Pytam schrypniętym głosem.

- Jest 9 rano. – Odpowiada Kate. – Pielęgniarka powiedziała nam, że czuwałaś przy nim całą noc.

- Chodź. Zjesz coś i się przebierzesz. – Odzywa się Michael. W ręku trzyma mała torbę podróżną.

- Nigdzie nie idę. – Odpowiadam ostro.

- Ja z nim zostanę. – Oferuje się Kate. Patrzę na nich nie chętnie, ale w końcu kapituluje. Wstaję na miękkich nogach i wychodzę z sali razem z Michaelem. Najpierw idziemy do bufetu. Przyjaciel zamawia dla mnie śniadanie oraz kawę.

- Nie zjem teraz nic. – Odsuwam tacę z jedzeniem.

- Musisz jeść. – Mówi łagodnie Michael.

- Nie jestem głodna. – Biorę kubek z gorącą kawą i unikam jego spojrzenia.

- Wiem, o Gino. Bardzo ci współczuję, Meg.- Dotyka mojej dłoń pocieszająco. Potakuję jedynie głową na znak jego słów. – Powiedz mi co się stało. Dan nie chciał nic powiedzieć. Chowam twarz w dłoniach i biorę kilak uspokajających oddechów, po czym zaczynam mówić. Opowiadam mu co się wczoraj wydarzyło. Michael wygląda na oszołomionego.

- Mój Boże. – Wyszeptuje. – Nie wiem co powiedzieć. – Wzruszam ramionami i dopijam kawę. Rozcieram dłonią miejsce, gdzie znajduje się serce, jakby miało mi to przynieść chwilowe ukojenie. Ból rozsadza mnie od środka.

Odświeżona i przebrana wracam do Nicka. Przy jego łóżku zastaję lekarza oraz Kate z Michaelem.

- Co się dzieje? – Pytam spanikowana i podchodzę bliżej.

- Proszę się uspokoić. – Zwraca się do mnie lekarz. – Jego serce chwilowo zwolniło. – Wyjaśnia, ale wszytko jest już dobrze. Przetrwał noc, ale kolejne dwa dni będą decydujące. Proszę być w dobrej myśli. – Uśmiecha się łagodnie i wychodzi z pokoju. Siadam an krześle przy łóżku.

- Gdy tylko wyszłaś z sami jego serce zaczęło zwalniać. Jakby Nick wyczuł, że nie ma cię przy nim. Dziwne. – Mówi Kate z zaczerwienionymi oczami i kręci głową z niedowierzaniem.

- Tak. To dziwne. – Mówię powoli nie spuszczając wzroku z twarzy Nicka.

69. Niepokój.

- Witamy w Miami, Green! – Woła Patch i rozkłada szeroko ramiona. Rzucam na podłogę bagaże i wpadam w jego ramiona. Ściska mnie mocno, a moje nogi odrywają się od podłoża.

- Ciebie też dobrze widzieć. – Odpowiadam ze śmiechem. Mijający nas ludzie uśmiechają się pod nosem na nasz widok. Po wylewnych powitaniach ramię w ramie opuszczamy lotnisko i wsiadamy do zaparkowanego niedaleko auta Patcha.

Przez całą drogę Patch opowiada mi o swojej rodzinie. Muszę przyznać, że zmienił się od naszego ostatniego spotkania. Już nie jest taki szeroki w ramionach, obciął włosy na jeża i inaczej się ubiera, ale nadal jest tym samym Patchem, którego poznałam na jednym z wyścigów. Elenę też wtedy znałam. Wyglądała przy nim jak kruszyna, ale tylko ona umiała wybić mu z głowy głupie pomysły. Nie miałam pojęcie, że to właśnie Elena została jego żoną. Po tym jak urządził mnie Daniel nasze drogi się rozeszły. Zawsze żałowałam, że nie postarałam się, by nasz kontakt był częstszy. Oboje mają trzy letniego syna – Kevina. Wygląda na naprawdę szczęśliwego. Podziwiam krajobraz za oknem. Znacznie różni się od New Yorku. Tu wydaje się wszytko takie sielankowe. W końcu po ponad 30 minutach zajeżdżamy przed piękny dom znajdujący się na przedmieściach. Jest tu cisza i spokój. Dobre sąsiedztwo i mili ludzie. W sam raz dla kogoś kto wychowuje dzieci.

- Piękna okolica. – Rzucam nie co ironicznie. Trudno mi wyobrazić sobie go w takim środowisku, gdy pamięta się to co wyprawił sprzed zaledwie kilku lat.

- Wiem, co masz na myśli Meg, ale człowiek się zmienia. – Odpowiada z uśmiechem. Kręcą głową z nie dowierzania, ale nic już więcej nie mówię na ten temat. Pomagam mu wypakować bagaże z samochodu.

- Taaatooo! – Rozlega się dziecięcy krzyk. Odwracam się i widzę biegnącego wprost na nas małego chłopczyka o ciemnych włosach. Patch schyla się, a mały wpada mu w ramiona. Podnosi go i sadza na biodrze.

- Kevin to jest ciocia Megan. – Przedstawia mnie Patch. Mały patrzy na mnie z dozą nie ufność. – Ciocia zostanie u nas na kilka dni.  - Tłumaczy dalej. Nie mogę się nie uśmiechnąć, gdy widzę uderzające podobieństwo ojca i syna. Nie tylko w wyglądzie, ale i zachowaniu.

- Mam coś dla ciebie, Kevin.  - Jednej z walizek wyjmuję duże pudełko z miniaturą chevroleta camaro. Zabawkę podaję małemu.

- Co się mówi? – Zwraca się Patch do synka.

- Dziękuję ciociu. – Odpowiada Kevin nieśmiało. Uważnie ogląda nową zabawkę.

- Ok, leć do domu. My zaraz przyjdziemy. – Puszcza małego, a ten biegnie do domu.

- Fajny berbeć. Bardzo podobny do taty. – Mówię ze śmiechem.

- Wszyscy to powtarzają. – Odpowiada, gdy wchodzimy do domu. Patch zaprowadza mnie do pokoju gościnnego.

- Za pól godziny kolacja. Odśwież się i odpocznij. – Mówi, gdy zamyka za sobą drzwi.

Nie tracę czasu i rozpakowuję walizki. Zamykam się w łazience i biorę szybką kąpiel. Lot strasznie mnie wymęczył, po za tym nie cierpię latać. Jak najmniej zerkam w lustro na swoje odbicie. Nie chcę wywoływać teraz nieprzyjemnych wspomnień. Szybko się przebieram i schodzę na dól do salonu. Kevin bawi się przed telewizorem samochodem ode mnie, a Patch nakrywa do stołu. Podchodzę do małego i kucam koło niego.

- Podoba ci się prezent? – Pytam łagodnie i wskazuje na zabawkę. Podnosi główkę z poważnym wyrazem twarzy.

- Tak. – Odpowiada cicho. Uśmiecham się do niego ciepło i zostawiam go w spokoju. Nigdy nie umiałam dogadywać się z dziećmi. Może po prostu nie mam instynktu macierzyńskiego.

- Elena w kuchni?  - Pytam Patcha. Kiwa głową potwierdzająco.

Wchodzę do kuchni by przywitać się z gospodynią, ale to ona pierwsza mnie zauważa już od progu.

- Witaj Megan. – Podchodzi do mnie i lekko ściska. – Dobrze cię widzieć.

- Ciebie też. Pomóc ci w czymś? – Wskazuję na plac budowy za jej plecami.

- Poradzę sobie. – Obdarza mnie miłym uśmiechem. Elena jak jej mąż także się zmieniła. Wyszczuplała i zmieniła fryzurę. Muszę przyznać, że wygląda lepiej w takim wydaniu. Mimo jej zapewnień i tak krzątam się po kuchni i pomagam.

- Twój syn chyba za mną nie przepada. – Mówię w końcu.

- Wątpię. Jest zachwycony nową zabawka, a wierz mi trudno mu dogodzić w tej kwestii. – Marszczę brwi zdziwiona. Coś mi się tu nie zgadza. – Uczymy go, że nie należy ufać obcym. Sama rozumiesz. – Dodaje widząc moją minę.

- To dobrze, bo potworów na tym świecie nie brakuje.  - Odpowiadam z powagą i zaraz nasuwa mi się obraz Daniela i mojej łatwo wierności, a nie byłam dzieckiem. Jednak szybko odsuwam od siebie złe wspomnienia.

Kolacje jemy w miłej atmosferze. Patch i Elena opowiadają o swoim nowym życiu w tym mieście. Oboje pracują w swoich wymarzonych zawodach, z tym że Elena pracuje w domu by mieć oko na synka. Wyglądają na takich szczęśliwych, że nie mogę się przestań na nich gapić. Patch porzucił wyścigi samochodowe, ale od czasu do czasu bierze udział w jakimś wyścigu byle legalnym. Domyśliłam się, że to kompromis między nimi. Auta to życie Patcha co świadczy o tym, że pracuje jako kierownik w jednym z najlepszych warsztatów samochodowych w Miami. Natomiast Elena skończyła architekturę wnętrz i jest współwłaścicielką firmy, dzięki czemu może poświecić więcej czasu rodzinie, póki Kevin jest jeszcze mały. Natomiast sam Kevin zaakceptował mnie w pełni i nie odstępował na krok przez cały wieczór. Pokazał mi całą kolekcję swoich samochodzików i nawet pozwolił mi pobawić się nimi, co jak się okazało nie każdego taki zaszczyt spotyka.

- Kevin powiedz cioci Megan dobranoc i do łóżka. – Odzywa się Patch. Nie obeszło się bez narzekania, ale koniec końców mały pod surowym spojrzeniem ojca poszedł na górę z Eleną. Pomogłam posprzątać po kolacji i przenieśliśmy się na taras za domem z butelką wina.

- Teraz powiedz mi skąd ta wizyta. - Patch podaje mi kieliszek z winem i siada obok mnie na schodach od tarasu.

- To dość długa historia.- Odpowiadam z westchnieniem i biorę łyk wina. Przyjemne ciepło spływa mi do żołądka.

- Mamy czas. Opowiadaj. – Trąca mnie ramieniem i patrzy wyczekująco. No więc, opowiadam mu wszystko od poznania Nicka i wiadomości, że Daniel wyszedł na wolność, po wydarzenia w magazynie i dzisiejszy poranek na plaży. Patchowi dosłownie szczęka opadła. Patrzy się na mnie kompletnie oniemiały przez dobre kilka minut.

- Ja pierdole. – Wydusza z siebie w końcu. Potakuje tylko głową. - Naprawdę do niego strzeliłaś, gdy ci powiedział, że cię kocha?

- Tak. – Odpowiadam z z prostotą, ale uśmiecham się pod nosem z nie wiadomego mi samej powodu.

- Niezła jesteś. – Uśmiecha się, ale kręci głową z niedowierzaniem. – Naprawdę dużo się działu u ciebie, od kiedy ostatni raz się widzieliśmy i co teraz zamierzasz?

- Nie ty pierwszy mi to pytanie zadajesz, a ja po raz kolejnym odpowiem, że nie wiem. – Przecieram dłonią twarz. Jestem kompletnie wymęczona podróżą. Ani an chwilę nie zmrużyłam oka. Cały czas myślałam nad tyn co się stało dzisiejszego ranka.

- Chcesz znać moje zdanie? – Odzywa się Patch, tym samym wyrywając mnie z chwilowej zadumy.

- Jeśli odpowiedziałabym nie, to i tak cię to nie powstrzyma. – Mówię rozdrażniona.

- To prawda. – Odpowiada ze śmiechem. – Wracając do tematu. Daniela już nie ma. Możesz zacząć układać sobie życie od nowa bez strachu. Jego siostra pewnie trafi za kratki. Nie widzę innej opcji, a co do Nicka… – Wzdycha cicho. – Kochasz go. Ja to wiem i ty to wiesz. – Prostuję się jak rażona piorunem, gdy to mówi. – Nie miej takiej miny. Każdy słysząc tą historię powiedziałby to samo. Męczy cię ta sprawa, a próba podsycania nienawiści na nic się nie zda. Rozumiem cię, że czujesz się oszukana i masz żal, ale ja bym to samo zrobił dla mojej rodziny, byle by byli bezpieczni. – Patrzy na mnie z bardzo poważnym wyrazem twarzy.

- Nie powiedziałam, że go nie kocham Patch, ale trudno mi pogodzić się z tym, że mnie oszukał. – Mówię ze smutkiem. – Rozumiem także to, że zrobił to dla mnie, bym była bezpieczna, ale coś mi nie pozwala by mu wybaczyć. Nie wiem co to jest. Walczę z tym, ale nie wiem czy udami się to pokonać. – Patch potakuje głową ze zrozumieniem.

- Nie bronię go, ale rozumiem doskonale sytuację. Moim zdaniem to problem jest w twojej głowie i sercu. Zaryzykuj po prostu i sprawdź co z tego wyjdzie. Ja ci dobrze życzę. Należy ci się szczęście. – Uśmiecha się do mnie ze zrozumieniem i stuka kieliszkiem o mój. – Po prostu spróbuj, Meg. – Wypijam do dna kieliszek wina i spoglądam zamglonym wzrokiem w dal. Może i Patch ma racje. Strach przed kolejnym zranieniem mnie paraliżuje. Po kilku minutach dołącza do nas Elena i we trójkę sączymy wino wspominając stare czasy.

***

Dzień za dniem mija tak szybko, że nim się obejrzę, a siedzę już w samolocie do New Yorku. Przez te dwa tygodnie naprawdę wypoczęłam. Spojrzałam na wszystko z dystansem i to dzięki Patchowi. Bardzo mi pomógł. Elena zmieniła go na lepsze. Wydoroślał i stał się odpowiedzialnym ojcem i mężem. Przez te dwa tygodnie uświadomiłam sobie jak za nim tęskniłam i obiecałam sobie, że będziemy się często kontaktować. Patch ma duże szczęście, że ma Elenę. Spędziłam u nich bardzo dobrze czas. Razem z Eleną i małym Kevinem spacerowaliśmy po plaży nad brzegiem oceanu. Mały był dosłownie moim cieniem, gdzie się nie obejrzałam on był o krok za mną. Raz zabrałam go do na pokaz old school – owych aut, a potem na lody. Był tak tym zachwycony, że przez dwa dni o niczym innym nie mówił. Jak na czterolatka jest bardzo dojrzałym chłopcem ze swoją pasją, którą zaraził go ojciec. Wcale nie przeszkadzało mi, że nie odstępował mnie na krok. Zajmowanie się nim pozwalało mi nie myśleć, a przy okazji świetnie się bawiłam. Oczywiście całą trójkę zaprosiłam do New Yorku. Żal mi było wyjeżdżać. Tak dobrze się u nich czułam, a mały Kevin wprost mnie zauroczył. No, ale dzień rozpoczęcia się procesu zbliżał się nieuchronnie. Po za tym pora zająć się interesami. Michael na bieżąco mnie informował o ustaleniach z Johnem oraz zasypywał mnie mnóstwem pomysłów. Nareszcie ma okazję robić coś na czym się dobrze zna. Nick się nie odzywał przez ten czas do mnie, ale za to Gino dzwonił parę razy. Nie był zachwycony tym, że wyjechałam z miasta i to nie z nim. To jego problem. Nie muszę mu się ze wszystkiego tłumaczyć.

Wreszcie po czterech godzinach lotu jestem na miejscu. Przed lotniskiem łapię taksówkę i wpakowuję się do niej ze wszystkimi bagażami. Pan kierowca był nawet tak uprzejmy i pomógł mi  bagaże znieść pod drzwi mieszkania. Za co nagrodziłam go sporym napiwkiem. Sprawdzam dokładnie zamki i nie zawracając sobie głowy rozpakowywaniem rzucam się na łóżko i natychmiast zasypiam.

Ze snu wyrywa mnie natarczywe dzwonie do drzwi. Zerkam na zegarek. Jest 8 rano, kogo niesie o tak wczesnej porze i to w weekend? Wstaje i włócząc nogami podchodzę do drzwi.

- Kto tam? – Pytam zaspanym głosem.

- Gino. – Odpowiada głos po drugiej stronie drzwi. Czemu mnie to nie dziwi? Mamrocząc pod nosem otwieram mu i idę do kuchni by włączyć ekspres do kawy. – Przyniosłem pączki. – Obwieszcza gdy wchodzi do kuchni wymachując torebką. Kładzie ją na blacie koło mnie i taksuje mnie spojrzeniem. – Obudziłem cię. – Stwierdza, po chwili.

- No co ty sherlocku. – Mówię rozdrażniona i nalewam sobie kawy. – No co? – Dodaję, gdy nic nie odpowiada. Gino wzrusza ramionami i też nalewa sobie kawy.

- Po jutrze proces. – Zaczyna Gino. Potakuję twierdząco głową. – Jak wyjazd?

- W porządku. – Odpowiadam wymijająco jakoś nie chce wydawać się w szczegóły.

- Jesteś coś małomówna. – Zauważa. Odwracam się do niego plecami i wkładam chleb do tostera. – Zrobiłem ci coś? – Słyszę za sobą.

- Nie. – Kolejna krótka odpowiedź.

- Megan? – Gino nie daje za wygraną. Zaciskam usta w wąska linię i odwracam się do niego twarzą. Nie uśmiecha mi się poruszać teraz ten temat, ale nigdy nie będzie okazji.

- Powiedz mi Gino, czego ty ode mnie tak naprawdę chcesz? –  Atmosfera między nami gęstnieje.

- Megan nie wiem o co ci chodzi. – Odpowiada zdziwiony moim pytaniem.

- Dobrze wiesz. – Krzyżuję ręce. Gino wzdycha ciężko.

- Już się domyślam. – Mówi zrezygnowany. – Lubię spędzać z tobą czas. Czy to takie złe?

- Nie, ale dla ciebie znaczy coś innego niż dla mnie.  - Odpowiadam spokojnie.

- Nie przesadzaj, Meg.

- Ah tak? Wcześniej chciałeś porozmawiać o tym co się wydarzyło na bankiecie, a teraz cisza. Nie wspomnę o tym jak się zdenerwowałeś, gdy powiedziałam ci że wyjechałam z miasta. – Wszelkie oznaki wesołości zniknęły z jego twarzy. Wyraźnie widać jak bije się z myślami.

- A miał on jakieś znaczenie dla ciebie? – Pyta cicho.

- Nie. – Mówię w końcu zgodni z prawdą. Gino nieznacznie się krzywi.

- Czy była by dla nas jakakolwiek szansa, gdyby naprawdę nie żył? – Wiem, że to pytanie ciężko było mu zadać.

- Nie wiem Gino, a jeśli nawet to zawsze wysiałby nad nami duch Nicka. Nie chciałam cię zranić, ale od początku ci mówiłam że nic z tego nie będzie.

- Wiem. – Mówi zrezygnowany. – Wrócisz do niego? – Tym razem to ja się krzywię.

- Nie wiem. – Zapada między nami ciążąca cisza. Oboje wpatrujemy się w siebie nie bardzo wiedząc co powiedzieć. Postawiłam sprawę jasno, ale nie do końca sama się z nią zgadzam. Przez te kilka tygodni Gino okazał się być mi bliską osobą.

- Co chcesz na śniadanie? – Pytam ni stąd nie zowąd. Otwiera szeroko oczy i krztusi się kawą.

- Myślałem, że mnie wyrzucisz z mieszkania czy coś w tym stylu. – Mówi zduszony głosem.

- Skoro jesteśmy przyjaciółmi to nimi pozostańmy. Chyba, że to dla ciebie zbyt wiele?

- Spróbować można. Jakoś sobie z tym poradzę. – Uśmiecha się trochę z wymuszeniem.

Gino pomaga mi przygotować śniadanie, a potem wspólnie zasiadamy do stołu. Dało się wyczuć między nami zmianę nastrojów, ale wydaje mi się, że jest to chwilowe. Każde z nas musi przetrawić tą sytuację. Mimo tego co powiedział Nick, a raczej czego mi nie powiedział o nim i tak jestem mu wdzięczna. Pomógł mi wiele razy i okazał się porządnym gościem. Nicka zapewne nakręca zazdrość, a po drugie każdy ma swoją mroczną stronę. Zwłaszcza w pracy, która czasem wymaga od ciebie pozbawienia kogoś życia. Po skończonym śniadaniu Gino się ze mną pożegnał i wrócił do pracy, a ja zajęłam się uporządkowaniem walizek po podróży.

Po południu wpadł do mnie Dan z nie tęgą miną.

- Co się stało? – Pytam go już od progu.

- Zmarł ojciec Leo. Przekładamy ślub. – Odpowiada i siada na kanapie.

- Przykro mi. Jak się trzyma Leo? – Siadam obok niego.

- Nie najlepiej. Pojechał do matki by dopilnować wszelkich formalności, a ja nie wiedziałem co ze sobą zrobić i przyjechałem do ciebie. – Mówi smutno.

- Dobrze zrobiłeś, Dan. – Klepię go po ramieniu. Od dawna wiedziałam, że ojciec Leo choruje i nie jest z nim najlepiej. Dlatego też Leo i Dan chcieli wziąć jak najszybciej ślub, by tata Leo był na ślubie. Dan w tym trudnym czasie bardzo spierał Leo. Z kuchni przynoszę przekąski i dwa kubki z herbatą.

- Ojciec Leo powiedział nam byśmy nie zwracali uwagi na żałobę i wzięli ślub, ale widzę że Leo nie jest na siłach i długo nie będzie, więc postanowiliśmy go przełożyć.

- Może to i dobrze. Pomożesz przejść przez to Leo, a jak trzeba będzie to i ja wam pomogę. – Mówię łagodnie.

- Wiem ,wiem. Po prostu musiałem się komuś wygadać. – Bierze głęboki oddech. – Dosyć o mnie i gadać co u ciebie. – Wbija we mnie spojrzenie.

- Wszystko w porządku. – Odpowiadam natychmiast.

- Czy aby na pewno? – Pyta ponownie i uśmiecha się lekko. A niech to wie o incydencie z Nickiem.

- Oczywiście. – Idę w zaparte, że nie mam pojęcia co ma na myśli. Dan patrzy na mnie pobłażliwie.

- Wiem o Nicku. – Mówi poważnie, ale po chwili parska śmiechem. Trącam go pięścią w ramię.

- Hej! – Wołam oburzona. – Nie wiem co ci dwaj ci powiedzieli, ale na pewno przesadzili.

- Czyli to nie prawa, że o mały włos nie wyłamał ci drzwi, a potem po kłótni nie wyniósł cię z mieszkania i wpakował do auta, po czym odjechaliście w siną dal? – Patrzę na niego spod byka, a on nie przestaje się uśmiechać. – Michael i Chrystian na pewno przesadzili? – Nie odpowiadam. Postanawiam to z godnością przemilczeć. – Po twojej minie stwierdzam, że jednak to prawda. – Parska śmiechem. – Chociaż dogadaliście się?

- Nie. – Odpowiadam. Dan wzdycha.

- A masz może z nim jakikolwiek kontakt, bo nie mogę się z nim skontaktować?

- Nie rozmawialiśmy od dwóch tygodni. Byłeś u niego w domu? – Trochę mnie dziwi, że Nick olewa Dana. Co jak co, ale to do niego nie podobne.

- Dzwoniłem i waliłem w drzwi, ale to na nic. – Marszczy brwi jakby się nad czymś zastanawiał. – Rozstaliście się w nastrojach wojennych czy pokojowych?

- Pokojowych. Odwiózł mnie nawet na lotnisko.

- Trochę to dziwne. Zwykle odzywał się nawet po kilku dniach. – Mówi powoli Dan. Dreszcz niepokoju przebiega przez moje ciało.

- A od kiedy nie ma z nim kontaktu?

- Ja wiem…prawie półtora tygodnia. – Odpowiada po chwili namysłu. To nie jest normalne. Coś musiało się stać, bo to nie w jego stylu, że nie daje jakiegokolwiek znaku życia. Tym bardziej, że po jutrze proces. Mam złe przeczucia i mam nadzieje, że to nie jest sprawka Monicki. Zrywam się z kanapy i idę do swojej sypialni. Wciągam na siebie czarną bluzę, a za pasek wkładam broń, do kieszeń spodni składany scyzoryk i gaz pieprzowy. Drugi rewolwer zabieram dla Dana. Wracam do salonu i rzucam mu na kolana broń.

- Zbieraj się. Jedziemy do Nicka. – Mówię spokojnie.

- A to po co ci to? – Wskazuje na rewolwer zaszokowany.

- Być może dopadła go Mocnika.

- Chyba jesteś przewrażliwiona. Może po prostu wyjechał, bo chciał od tego wszystkie odpocząć. – Odpowiada nie zbyt przekonująco.

- Jak nie chcesz to nie jedź. – Rzucam do niego i w przedpokoju wciągam na stopy buty sportowe.

- Zaczekaj! Jadę z tobą! – Woła Dan i po chwili pojawia się obok mnie.

- Może być gorąco ostrzegam i mam nadzieję, że nadal potrafisz strzelać. – Odpowiadam, gdy zamykam drzwi na klucz. Dan prycha pod nosem.

- Tego się nie zapomina. Chodźmy już. – Ponagla mnie i oboje zbiegamy po schodach, po czym wsiadamy do mojego auta zaparkowanego prze kamienicą. Po 20 minutach zajeżdżamy prawie, że pod dom Nicka. Zatrzymałam się na drużce leśnej, tak by nie było widać auta z domu. Nie chce by wiedziała o naszej obecności.

- Możesz się jeszcze wycofać Dan. – Zerkam na niego przelotnie. On także ma wzrok utkwiony w domu Nicka.

- Nie. To mój przyjaciel. On zrobił by dla mnie to samo. – Odpowiada sztywno. Potakuję głową.

- Nie wściekaj się za to, co za chwilę powiem, ale jak sytuacja stanie się beznadziejna to wiej i powiadom policję. – Wbijam w niego twarde spojrzenia. Dan krzywi się i kręci przecząco głową.

- Nie ma mowy. – Mówi ostro.

- Nie chce by coś się tobie stało. Nie wiemy czy jest sama, czy jest tam ktoś jeszcze.

- Nie jestem głupi. – Woła oburzony. – Jak się tam dostaniemy?

- Z tyłu domu jest załatana dziura w płocie. Łatwo się tam tędy przedostaniemy do ogrodu. – Tłumaczę cierpliwie, choć już chciałabym zacząć działać. Opracowujemy szybki plan działania i wysiadamy z samochodu.

- No to do dzieła. – Mówi cicho Dan, a ja unoszę kciuk do góry.

68. Jego ręce zaciskają się wokół mnie i przyciąga do siebie.

Następnego dnia, gdy tylko wygrzebałam się z łóżka postanowiłam pojechać do centrum handlowego. Pół dnia spędziłam na łażeniu po sklepach. Co prawda kupiłam sobie parę ciuchów z myślą, że na pewno kiedyś je założę, ale tak naprawdę zdecydowałam się jechać z Gino. Tyle że jeszcze go o tym nie poinformowałam, ponieważ się waham, po tym co wczoraj usłyszałam od Michaela. Być może i ma rację, ale może to też być kwesta tego, że trzyma z Nickiem. Męska solidarność, czy jakoś tak. W nie co podłym nastroju zapakowałam wszystkie rzeczy do auta i ruszyłam w stronę mieszkania. Postanowiłam, że zrobię rundkę po okolicy by uspokoić myśli. Jazda samochodem w pewien sposób zawsze mnie odprężała i pozwalała spojrzeć na wszystko z innej perspektywy.

Niespełna po godzinie parkuję przed kamienicą. Zabieram zakupy i wchodzę na górę. Na schodach siedzi Chrystian przeglądając jakieś papiery. Słysząc, że ktoś wchodzi podnosi głowę i na mój widok uśmiecha się promiennie.

- Długo tak czekasz? – Pytam, gdy otwieram drzwi.

- Jakieś pól godziny może. – Zabiera mi z rąk cześć toreb i oboje wchodzimy do środka. Rzucam wszystko na podłogę przy kanapie, Chrystian robi to samo.

- Chcesz coś do picie? – Pytam uprzejmie.

- To co zwykle. – Wyjmuję dwie butelki piwa i wracam do salonu. Chrystian chowa papiery do teczki i przenosi wzrok na mnie.

- Odwiedziny, czy konkretna sprawa? – Pytam, gdy milczy popijając co jakiś czas piwo.

- To i to. – Uśmiecha się delikatnie. – Michael mi powiedział o waszej wczorajszej rozmowie. – Dodaje, a wzrok mu ciemnieje.

- A podobno mężczyźni nie plotkują. – Rzucam ironicznie.

- Megan, ja się z nim zgadzam. Nie powinnaś z panem detektywem nigdzie jechać. – Mówi jadowicie. Widocznie nie może mu zapomnieć tego bezpodstawnego zamknięcia w areszcie. – Nie mówię ci tego, ponieważ chcę abyś wróciła do Nicka, ale dlatego że coś z nim jest nie tak. Intuicja mi to podpowiada, a wiesz że rzadko się mylę. – Mówi to wszystko bardzo spokojnie. Chrystian ma racje, że intuicja go prawie nie zawodzi. No właśnie prawie. Nawet on może się pomylić. – Nie czujesz, że jest coś nie tak? – Dodaje, po chwili zastanowienia.

- Tak i nie. Nie ufam mu, ale nie miałam też podstaw by czuć się zagrożona z jego strony. Pomógł mi wiele razy, Chrystian.

- Zrobisz jak uważasz, ale jeśli z nim pojedziesz weź dwa rewolwery i gaz pieprzowy, a na wszelki wypadek nawet paralizator. – Zaskoczona unoszę brwi i powstrzymuję śmiech.

- Nie jadę na wojnę braciszku.

- Nie, ale ostrożności nigdy za wiele. – Oświadcza z powagą. On naprawdę traktuję tą sprawę serio. Czego ja takiego nie wiem o Gino, że powinnam się go obawiać? – Słyszałem, że chcesz rozkręcić interes z warsztatami. – Zmienia temat.

- A tak. Od dawna chciała coś zrobić w tym kierunku, a teraz nadszedł odpowiedni czas.

- Jeśli byś potrzebowała pomocy daj znać. Mogę ci też podesłać kilku nadzianych klientów. – Puszcza mi oczko.

- A właśnie jaki to interes powierzył ci Nick? – Pytam zaciekawiona. Chcę mieć pewność, że mojego brata nie doprowadzi to do więzienia.

- Zajmuję się jego trzema klubami, – Wypina dumnie pierś.

- Wszystko jest legalne?

- Tak. Jeśli chodzi o te trzy klubu wszystko jak najbardziej działa zgodnie z prawem. – Zapewnia mnie gorliwie Chrystian.

- W porządku. W takim razie co Nick będzie robił? – W tym momencie mój brat nie co się miesza.

- Nie wiem, czy wolno mi o tym mówić. – Wyznaje.

- Spokojnie. Pytam z ciekawości. – Mówię uspokajająco.

- W zasadzie nie mówił, że to tajemnica. – Odpowiada, po chwili zastanowienia. – Chce zająć się architekturą budowlaną.

- Wow. – Odpowiadam tylko. Kiedyś mi wspominał, że taki kierunek studiował, ale nie sądziłam, że kiedykolwiek do tego wróci.

- No cóż dla mnie to lepiej. Mam prace, dobrze zarabiam i pilnuję jego interesów, a on może spokojnie realizować swoje pasje. – Nie wiem co powiedzieć i pociągam piwo z butelki. – Skoro jesteśmy przy tym temacie. Wybaczysz mu kiedykolwiek to co zrobił? – Zastanawiam się chwilę nad pytaniem.

- Szczerze mówiąc nie mam pojęcia.

- Nie wściekaj się na mnie, ale mimo że na początku nie przepadałem za Nickiem co jest mało powiedziane ale uważam, że byliście naprawę szczęśliwi razem.

- No właśnie ”byliśmy”. – Odpowiadam chłodno. Blokuje uparcie te dobre wspomnienia.

- Ok, ok. – Podnosi ręce w geście poddania. – Już nic nie mówię. Po prostu się martwię.

- Wiem, wiem. – Uśmiecham się do Chrystiana ciepło.

Chrystian przesiedział jeszcze u mnie jakieś dwie godziny opowiadając jak mu idzie w prowadzeniu biznesu Nicka. Cieszę się, że robi coś w czym jest dobry i sprawia mu to satysfakcję. Dawno nie widziałam go tak ożywionego. Zwłaszcza, że dobre pól godziny nieświadomie opowiadał mi  jednej z kelnerek. Chyba wpadła mu w oko. Jeśli z czasem okaże się być to coś naprawdę poważnego, to uważnie ją przeskanuję. Trzeba pokazać się w robi starszej siostry. Próbowałam go zatrzymać na kolację, ale odmówił tłumacząc się, że musi wracać do pracy. Już ja widzę jak pracuje, gapiąc się na kelnereczkę. Zjadłam sama kolacje i rozwaliłam się na kanapie z lampką wina, przerzucając bezsensu kanały. Zatrzymuję wzrok na kanale przyrodniczym i nagle wpada mi do głowy genialny pomysł. Spod poduszek wygrzebuję telefon i wybieram numer Patcha.

- No nie wierzę w to co widzę, a raczej usłyszę. – Mówi wesoło Patch na powitanie.

- Lepiej uwierz, stary. – Śmieje się pod nosem.

- Co cię do mnie sprowadza, Green.

- Od razy muszę mieć jakiś interes? – Udaję urażoną.

- No jasne. – Prycha.

- Od czasu naszego spotkania mam wyrzuty sumienia, że tak cię zaniedbałam.

- Akurat. – Prycha znów.

- Pomyślałam, że odwiedzę cię i sprawdzę jak ci idzie w roli ojca. – Kończę nie zrażona jego prychaniem.

- A to ciekawe.- Mówi wolno. – Jakoś nie chce mi się wierzyć w twe udręczone sumienie. Odpowiada ironicznie i robi pauzę. – No dobrze. Przyjeżdżaj. – Mówi nie chętnie.

- Przecież wiem, że udajesz.

- Cholera. Ty zawsze umiesz mnie przejrzeć. – Stwierdza kwaśno.

- No ba. – Mówię ze śmiechem. – Mieszkacie nadal New Jersey?

- Nie. Po naszym ostatnim spotkaniu przeprowadziliśmy się na Florydę, a dokładniej Miami. Amy chciała być bliżej rodziców. – Wnioskuję, że nie jest zadowolony z tego pomysłu, po tonie jego głosów. – Czy to problem? – Dodaje, po chwili.

- Nie, skądże znowu. Nie mogę się doczekać wylegiwania się na plaży.

- Spodoba ci się, Meg. Daj znać kiedy przylatujesz… – Urywa, a ja słyszę pisk dziecka. – Słuchaj muszę kończyć. Sama rozumieć dziecko i te sprawy. – Tłumaczy się szybko.

- Do zobaczenia. – Żegnam go i się rozłączam.

Wyjazd na Florydę to zdecydowanie lepszy pomysł niż wyjazd z Gino. Odwiedzę starego znajomego i odpocznę, a przy okazji umknę Monice aż do procesu. Uruchamiam laptop i bukuje bilet w jedną stronę. Wystukuję wiadomość do Patcha, że po jutrze przylatuję. Natychmiast mi odpisuje, jedynie uśmiechniętą buźkę. W tym samym momencie dostaję sms-a od kogoś innego.

Gino: Jedziesz czy nie?

M: Dzięki za propozycję, ale zostanę w mieście. Dobranoc.

Wystukuję szybko.

Gino: Szkoda. Dobranoc.

Dziwnie mi ulżyło, że nie muszę z nim jechać. Nie zmuszał mnie, ale po ostatnich rozmowach z chłopakami mam mieszane uczucia w stosunku do Gino.

***

- Co ty wyprawiasz?! – Woła od progu Michael. Otworzyłam mu drzwi i szybko pomknęłam do salonu, który wygląda jakby przetoczyło się przez niego tornado. Wszystkie ubrania walają się po podłodze, ponieważ nie mogę się zdecydować ci zabrać ze sobą.

- Jednak jedziesz? – Pyta niezadowolonym głosem.

- Tak, ale nie ma to nic wspólnego z Gino. – Odpowiadam i wkładam do walizki drugi kostium kąpielowy.

- Ooo, w takim razie oświeć mnie. – Siada na kanapie obserwując moje zmagania.

- Jadę w odwiedziny.

- Do kogo?

- Starego znajomego.

- Na jak długo?

- Aż do procesu.

- W porządku. – Słysząc to unoszę głowę znad walizki.

- I mówisz to tak spokojnie? – Pytam z niedowierzaniem. – Nie wiesz do kogo i gdzie. Nie martwi cię to? – Mruży oczy i uśmiecha się przebiegle do mnie.

- Jak będziesz chciała to sama mi to powiesz. – Oświadcza. – Przyniosłem parę ciekawy propozycji odnośnie interesu. – Macha mi teczką przed nosem.

- Daj mi pół godziny i zaraz na to spojrzę.

- Masz piwo?

- W lodówce. – Odpowiadam i zabieram się za przerwane pakowanie.

Wyrobiłam się w 30 minutach i spakowałam walizkę oraz bagaż podręczny. Zadowolona siadam na kanapie obok Michaela, który ogląda mecz, co chwilę wykrzykując wyzwiska pod adresem przeciwników jego drużyny. Rzuca mi teczkę na kolana, nie odwracając wzroku do telewizora. Uważnie przeglądam jego pomysły i stwierdzam, że bardzo mi się podobają.

- I co o tym myślisz? – Pyta Michael, gdy skończył się mecz.

- Podoba mi się, ale zdajesz sobie sprawę że to będzie kosztowało? Trzeba będzie zatrudnić fachowców, bo ja nie mam takiej wiedzy.

- Wiem, po za tym chciałbym zostać wspólnikiem i też mieć wkład w ten interes. – Zerkam na niego znad papierów.

- Pogadaj o tym z Johnem. Ja nie mam nic przeciwko.

- Świetnie. – Uśmiecha się szeroko. Chce coś dodać, ale wystraszona podskakuję w miejscu, gdy rozlega się walenie w drzwi. Patrzę przerażona na Michaela, a on natomiast wygląda na zdenerwowanego.

- Masz broń? – Szepczę do niego.

- Nie mam.

- Kurde! I co…. – Ostanie słowa zagłuszają wściekłe słowa za drzwi.

- Otwieraj natychmiast, Green! – Krzyczy Nick. Robię wielkie oczy, a Michael parska śmiechem,  jakby wiedział co się święci.

- To ja spadam i radzę ci mieć coś do obrony. – Mówi i znów parska śmichem. Michael wstaje i idzie do drzwi, a ja jak błyskawice wpadam do swojej sypialni i zabieram broń spod poduszki i wkładam za pasek spodni, za plecami. Sądząc po jego zachowaniu jest z jakiegoś powodu wściekły.

- Megan! – Woła Nick. Wchodzę do salonu, w którym zastaję miotającego się Nicka.

- Przestań wrzeszczeć. – Mówię ostro. – Nie jesteś u siebie.

- Nigdzie nie jedziesz. – Oświadcza stanowczo. Wytrzeszczam zaskoczona na niego oczy i zaczyna we mnie narastać gniew. Co on sobie do diabła wyobraża?!

- Po pierwsze nie masz prawa mi rozkazywać, a po drugie nie mam pojęcia o co ci chodzi. – Odpowiadam chłodno. Nick zatrzymuje się przede mną i bierze kilka uspokajających oddechów.

- Chrystian mi przed chwila powiedział, że wyjeżdżasz z miasta z Dawsonem! – Mówi rozwścieczony. Patrzę na niego spod byka. Spodziewałam się, że dowie się o tym, ale nie przewidziałam, że się tak wścieknie.

- A co ci do tego?

- Ten facet to kłamca i oszust! – Nick zaciska dłonie w pięści.

- O co ci chodzi? Przecież to wy knuliście za moimi plecami, a teraz nagle go atakujesz?

- Nie wiesz tego co ja wiem i mówię ci, że nigdzie nie pojedziesz! – Robi krok w moją stronę. Natomiast ja robię krok w tył.

- Już wiem o co ci chodzi. Jesteś zazdrosny o niego! – Wykrzykuję tryumfalnie. Oczy Nicka niebezpiecznie ciemnieją. – Zrozum Nick, między nami nic już nie ma i nie będzie. – Mówię lodowato.

- Nigdzie nie jedziesz. – Warczy przez zaciśnięte zęby.

- Nie zabronisz mi. Nie jestem twoją własnością! – Szturcham go palcem w pierś.

- Taaak? Chcesz się przekonać? – Pyta złowieszczym głosem.

- Nie odważysz się, Nick. – Krzyżuje ręce.

- Jesteś tego pewna? – Potakuję. Nick podchodzi bliżej, a ja nie co spanikowana sięgam do tyłu, po broń.

- Nie rób tego. – Mówi ostrzegawczo i doskakuje do mnie. Jedną ręką sięga za mnie i wytrąca mi broń z ręki, po czym przerzuca mnie przez ramię.Chwilowo brakuje mi powietrza w płucach, by zacząć krzyczeć.

- Puszczaj mnie do cholery! – W końcu powraca mi zdolność mowy. Szamoczę się w jego żelaznym uścisku, ale i tak mnie nie puszcza i dodatkowo dostaję siarczystego klapsa w tyłek i rusza w stronę drzwi wejściowych. – Ty kretynie! Postaw mnie natychmiast na ziemi! Słyszysz?! Co ty sobie wyobrażasz?! – Dodatkowo okładam go pięściami po plecach. – Evans, do cholery! – Tracę resztki opanowania. Sięga po klucze wiszące przy drzwiach i wychodzi na klatę schodową. A tam stoją Michael i Chrystian wytrzeszczając na nas oczy, po czym zanoszą się śmiechem.

- Wy dwaj, uwolnijcie mnie! – Rozkazuję.

- Nawet nie próbujcie. – Ostrzega Nick, gdy zamyka drzwi, po czym rusza schodami na dół, a za nami obaj panowie ocierający łzy ze śmiechu.

- Po co mu powiedziałeś?! – Warczę do Chrystiana.

- No co? Nie sądziłem, że tak się wkurzy. – Wzrusza ramionami i szczerzy do mnie zęby.

- A ty co tu jeszcze robisz? – Zwracam się do Michaela.

- Podsłuchiwałem. Miałem przegapić taką akcje? – Wybucha śmiechem. – Jak reszcie powiem, co tu się wydarzyło to padną. – Dodaje złośliwie.

- Kretyni! – Wrzeszczę na nich. – Jak tylko się uwolnię to skopię wam tyłki, głąby! – Na co oni uderzają kolejną salwą śmiechu. – Ty też Evans! – Całą drogę na dół mamroczę groźby pod ich adresem. Wchodzimy przed kamienicę. Nick kieruje się w nieznanym mi kierunku. Słyszę dźwięk otwieranych drzwi i po chwili ląduję na tylnym siedzeniu auta. Zatrzaskuje za mną drzwi i nim się obejrzę Nick siada za kierownicą i odpala samochód. Rzucam się ku drzwiom, ale są zablokowane.

- Wypuść mnie. – Żądam. – Natychmiast. – Głuchy jest na moje słowa i wyjeżdża na ulicę. Michael i Chrystian pokładają się ze śmiechu na chodniku. Zamiast mnie uwolnić to oni jeszcze mu kibicują. Nie cierpię ich.

W ciszy jedziemy w tylko znanym Nickowi kierunku. Wkurza mnie ta absurdalna sytuacja, a jeszcze bardziej to, że on uważa iż może mną rządzić. Jazda trwa tak długo, że nie wiadomo kiedy zasypiam.

Budzi mnie dziwny dźwięk i otwieram jedno oko. Marszczę brwi i otwieram drugie oko. Znajduję się w jakimś nieznanym mi pomieszczeniu, w którym panuje półmrok. Czyżby spełnił się mój najgorszy koszmar? Z mocno bijącym sercem zrywam się do pozycji siedzącej i rozglądam się dookoła. Leżę na kanapie przykryta kocem, tuż przed wesoło trzaskającym kominkiem. Co do diabła? Czuję się kompletnie zdezorientowana.

- Tu jesteś bezpieczna. – Odzywa się Nick. Dopiero teraz dostrzegam obok siebie siedzącego Nicka.

- Nie była bym tego taka pewna. – Odpowiadam nachmurzona i podciągam wyżej koc, jakby był moją tarczą. –  Gdzie jesteśmy? Długo spałam?

- Long Beach Island. Przespałaś prawie osiem godzin. – Odpowiada spokojnie. To do mnie nie podobne, ale czuję się wypoczęta.

- Czemu tutaj? – Zaskoczony unosi brwi.

- Nie wiem. – Wzrusza ramionami. – Podoba mi się ten dom. Może go kupię. – Wpatruje się we mnie intensywnie. Wstaję i podchodzę do okna. Wcześniej myślałam, że mi się wydawał, ale rzeczywiście znajdujemy się niedaleko oceanu.

- I co teraz? – Pytam, dalej wyglądając przez okno. Słyszę szmer i po chwili czuję jak Nick stoi za mną.

- A na co masz ochotę? – Pyta cicho. Czuję jego oddech na karku. Przyjemne dreszcze przechodzą przez moje ciało. Moja złość gdzieś uleciała i zostawiła mnie w ponurym nastroju.

- Jestem głodna. – Odpowiadam.

- Po drodze kupiłem trochę jedzenia. Na co masz ochotę?

- Nie wiem. – Wzruszam ramionami. – Może kanapki? – Odwracam się do niego twarzą. Coś chwyta mnie za serce widząc jego smutny wyraz twarzy.

- Ok. – Odwraca się i wychodzi z pokoju. Zwiedzam cały dom w tym czasie. Muszę przyznać, że naprawdę piękny to budynek. Co prawda większość mebli zabrano, ale te podstawowe zostały. No i ten kominek. Świetna sprawa. Dom jest bardziej przestronniejszy niż ten Nicka znajdujący się pod miastem. Ma więcej pokoi, nie wspomnę o pięknym widoku z balkonu w sypialni. W takim domu mogłabym zamieszkać. Na końcu wchodzę do kuchni, po której krząta się Nick. Na mój widok uśmiecha się delikatnie. Siadam na stole, ponieważ  nie ma tu krzeseł. Zaraz obok mnie ląduje talerz z kanapkami oraz parujący kubek. Nick opiera się długi blat na przeciwko mnie i razem w ciszy wyjadamy kanapki z talerza.

- Jak długo zamierzasz mnie tu przetrzymywać? – Zerkam na niego znad kubka. Przez jego twarz przemyka cień uśmiechu.

- Wcale cię nie przetrzymuje. – Zaprzecza.

- Czyli jak będę chciała wrócić do New Yorku to nie powstrzymasz mnie?

- Zależy w jakim celu chcesz tam wrócić. – Odpowiada przemądrzale.

- Dziś wieczorem mam samolot.

- Obawiam się, że odleci bez ciebie. – Mówi sucho.

- Tak też myślałam, ale do twoje wiadomości odmówiłam Gino. – Odkładam kubek i zeskakuje ze stołu. Mijam go i wchodzę do salonu, a stamtąd wychodzę na taras.

- Skoro tak, to gdzie się wybierasz? – Tuż za mną pojawia się jak duch Nick.

- Patch mieszka teraz w Miami. – Odpowiadam ze złością. Następuje cisza.

- Rozumiem. – Mówi w końcu. – Przejdziemy się ? – Wskazuje na plażę. Robię obojętną minę, ale schodzę z tarasu. Jest dosyć chłodno, ale nie przeszkadza mi to. Ramię w ramię idziemy po plaży wzdłuż brzegu oceanu.

- Nie potrafię ci odpuścić. Gdy dowiedziałem się, że zamierzasz wyjechać z Gino wpadłem w furię. – Mówiąc to patrzy w dal. – Poczułem jakby on mi ciebie odbierał.

- Nie jestem już twoja, Nick. – Odpowiadam cicho. – I mogę robić co chce i z kim chce. – Nie mówię tego by go wkurzyć, ale po prostu stwierdzam fakt.

- Pamiętasz, gdy siedzieliśmy razem na werandzie?

- Tak. – Wspomnienie te są słodko – gorzkie.

- Powiedziałem ci wtedy, że jesteś dla mnie wszystkim, a ty mnie zapewniłaś że wierzysz we mnie. – Mówi to z takim uczuciem, że łzy zaczynają cisnąć mi się do oczu. – Tego dnia zawarłem pakt z Dawsonem. Potrzebowałem to od ciebie usłyszeć. Wiedziałem, że podejmuję ryzykowną grę.

- Nie musiałeś tego robić. – Wtrącam ze złością. Zatrzymuje się i mnie zmusza do tego samego.

- Prawie każdej nocy miałaś koszmary. Myślisz, że o tym nie wiedziałem. Męczyła cię świadomość, że Daniel jest na wolności i poluje na ciebie. Byłaś nerwowa i rozdrażniona. Oczywiście miałaś plan, ale nie mogłem patrzeć jak mu się wystawiasz tak ryzykownie. – Mówi ostro, przeszywając mnie spojrzeniem. – Myślisz, że nie było mi ciężko, przez na cały czas?! – Woła zdenerwowany. – Przez ostatnie tygodnie dzień w dzień przyjeżdżałem pod dom by mieć pewność, że jesteś bezpieczna. – Zaskoczona otwieram szeroko oczy. To był on, a ja go nie rozpoznałam. Jakim cudem?

- Nie mam pojęcia, bo nigdy nie powiedziałeś co do mnie czujesz.  - Odpieram atak. – A nie. Raz. W magazynie, za nim cię postrzeliłam. – Rzucam rozeźlona.

- Dla mnie było to oczywiste, Meg. Nie sądziłem, że potrzebujesz deklaracji. – Mówi łagodnie i podchodzi do mnie bliżej. Unosi rękę i zakłada mi za ucho zbłąkany kosmyk. Ogarnia mnie smutek i żal. Ta rozmowa jest taka dla mnie trudna. – Nie chciałem byś tak cierpiała. Chciałbym byś dała nam szansę.

- Potrzebowałam. – Wyduszam za siebie zdławionym głosem i wycieram wierzchem dłoni łzy. – Nie wiem czy jest to możliwe, Nick.

- Nie płacz. – Mówi błagalnie i ostrożnie obejmuje mnie ramionami. Dając możliwość wycofania się , ale ja stoję jak sparaliżowana. Jego ręce zaciskają się wokół mnie i przyciąga do siebie. Uświadamiam sobie, że to pierwszy raz tak jesteśmy blisko do kiedy „niby” umierał. Wywołuje u mnie to kolejna porcję łez. Zarzucam mu ręce na szyje i chowam głowę w zagłębieniu szyi.  - Proszę… ślicznotko. – Kołyszę mnie uspokajająco w swoich ramionach. Słysząc określenie jakim mnie obdarzał kiedyś zanoszę się szlochem. Kompletnie się rozklejam. Czuję ból i złość, ale jest też tęsknota i radość, że jestem tam gdzie zawsze chciałam być. Przy nim, ale to trudne. Nie mogę połapać się w swoich uczuciach. Zawsze wiedziałam czego chcę. Podejmowałam szybkie decyzje, a teraz nie umiem. A wszystko przez tego faceta. Nick bierze mnie delikatnie na ręce i siada na pisaku cały czas mnie trzymając w objęciach. Nie wiem jak długo tak siedzimy, ale zaczyna już świtać.

- Wracamy? – Pyta, gdy się uspokoiłam. Potakuje głową. Oboje wstajemy i ramię w ramie wracamy do domu. Prawie się do siebie nie odzywamy. Przed południem wracamy do Nowego Yorku. Nick zaproponował, że odwiezie mnie na lotnisko. Ku swojemu zaskoczeniu zgodziłam się.

Teraz stoimy przed odprawą. Jakoś tak ciężko mi się z nim żegnać. A może po prostu ciągle prześladuje mnie widmo jego pożegnania, sprzed paru miesięcy. A może to kwestia tego co się wydarzyło dziś.

- Dzięki, że mnie odwiozłeś. – Przerywam te dziwne milczenie.

- Polecam się na przyszłość. – Odpowiada z uśmiechem. Podaje mi bagaż podręczny.

- Na mnie już czas. – Wskazuję głowę na odprawę.

- Meg… – Zaczyna, ale urywa. – Uważaj na siebie tam. – Całuje mnie w głowę. – Odpoczywaj i przemyśl wszystko na spokojnie. Do zobaczenia za dwa tygodnie.

- Postaram się, Nick. – Całuję go szybko w policzek i odchodzę szybkim krokiem. Nie oglądając się za siebie.

67. Komplikacje.

Nie mogę sobie znaleźć miejsca od kiedy Chrystian się wyprowadził. Najgorsze jest to, że zaczęłam źle sypiać. Przez co jestem rozdrażniona i wybucham złością z byle powodu. Żeby zabić czas zaczęłam jeździć nocami po mieście. Dziś obudziłam się o drugiej w nocy i nie mogłam zasnąć, więc wsiadłam w samochód i zajechałam pod most brookliński. Opieram się o auto i popijam gorącą kawę, którą kupiłam w małej budce. Stąd jest najpiękniejszy widok na całe miasto. W pewien sposób ten widok mnie uspokaja, a noc tworzy wspaniałą atmosferę intymności. Tylko ja i migoczące w ciemności miasto. Otulam się szczelniej bluzą i siadam na jednym z ogromnych schodków nad brzegiem rzeki. Pozwalam swoim myślą swobodnie krążyć po głowie.

- Problemy ze snem? – Pyta ktoś. Wzdrygam się, że mało brakuje a bym wylała na siebie kawę. Rozglądam się za źródłem głosu. Na jej widok, aż ścina mi się krew w żyłach. Nie świadomie sprawdzam, czy nadal mam broń za paskiem spodni. Po naszym ostatni spotkaniu mam już pewne doświadczenie i lepiej dmuchać na zimne.

- Myślałam, że nadal siedzisz. – Mówię lodowato nie spuszczając z niej wzroku.

- Wypuścili mnie kilka dni temu. – Odpowiada Kim. Stoi zbyt daleko bym mogła przyjrzeć się jej twarzy. Dodatkowo nie ma latarni w tym miejscu.

- Szkoda. – Nie kryję rozczarowania.

- Jestem ci winna przeprosiny. – Zaczyna się tłumaczyć.

- Nie chce tego słuchać. – Mówię ostro.

- Meg, ale… – Próbuje ponownie i podchodzi bliżej. Nie wygląda najlepiej. Wstaję z miejsca i robię kilak kroków w jej stronę.

- Przestań! – Unoszę rękę do góry. - Temat jest zamknięty. – Odwracam się na pięcie i idę w stronę samochodu, po drodze wyrzucam kubek po kawie do kosza. Nie oglądając się za siebie odpalam auto i ruszam z piskiem opon. Gdy tylko docieram do mieszkania rozbrzmiewa dzwonek mojego telefonu.

- Tak? – Pytam zdyszana. Kto o tej porze nie śpi i mnie nęka?

- Znowu się szlajasz po mieście. – Odzywa się Dan.

- Śledzisz mnie? – Pytam rozzłoszczona.

- Minęłaś mnie autem z prędkością światła. – Tłumaczy.

- Ale nadal żyjesz. – Mówię sarkastycznie.

- Gadaj co się stało? – Trudno go do siebie zrazić. Wzdycham ciężko.

- Wpadłam na Kim.

- Powiedz, że nadal żyje. – Żartuje Dan. Prycham. - Była wczoraj u każdego z nas. – Dodaje już poważnie. – Przeprosiła. Wyglądała na to, że naprawdę żałuje to co zrobiła.

- Dlaczego ja się o tym dopiero teraz dowiaduję?

- Właśnie ci o tym mówię marudo. – Odwarkuje. – Po za tym z tego co wiem to Lisa i Kate są w stanie jej wybaczyć.

- To sprawa między nimi. – Odpowiadam choć jestem zła, że tak łatwo im przyszło przyjąć Kim z powrotem.

- Wyczuwam, że ty tego nie zrobisz. Ba, nawet nie pochwalasz. – Nie wiem czy mówi poważnie, czy się nabija.

- Jaką by Lisa i Kate decyzji nie podjęły, to nic mi do tego. Dla mnie sprawa jest prosta. Albo jest się przyjacielem albo nie. Widocznie Kim nigdy nim nie była. Sprawa zamknięta. – Ucinam temat.

- No dobra. Słuchaj wpadniesz do nas dziś? – Dan zmienia temat.

- No jasne. Po południu może być?

- Tak. To do zobaczenia. – Rozłącza się szybko. Czyżby coś knuł? Bo jeśli tak i to ma związek z Nickiem to pożałuje. Zerkam na zegarek w dekoderze. Jest 4.15 nad ranem. Nie zasnę już, więc idę do kuchni i włączam ekspres do kawy. Ze swojego pokoju przynoszę laptop i stawiam na stoliku w salonie. Rozsiadam się wygodnie i zaczynam poszukiwania. Skoro mam sporo kasy to pora na coś ją wydać. Od dawna chciałam założyć swój warsztat samochodowy, ale też nie chciałabym robić konkurencji swojemu szefowi. Dał mi pracę kiedy nikt inny nie chciał mnie przyjąć, bo jestem kobietą. A potem okazało się, że potrafię więcej niż by się wydawało i zapewniłam warsztatowi wielu wpływowych klientów. Robię sobie przerwę by pójść po kawę. Trzy godziny później i jeden dobry pomysł. Przygotowałam wstępny plan działania i jego realizację. Wydaje się to być sensownym pomysłem przynoszącym niezłe zyski. Odkładam papiery na bok i przeciągam się, by rozciągnąć zastałe stawy. Przyda mi się zimny prysznic. Wciągam przez głowę czarną bluzę i poprawiam włosy. Spodobały mi się te loki. Mało z nimi roboty, a do tego nie muszę się martwić, że gdy będzie padać zrobi mi się push up na głowie. Robię make up i zbieram wszystkie papiery ze stolika w salonie. Wychodzę przed kamienicę i robię głęboki oddech. Od razu lepiej się czuję, gdy mam cel w życiu. Wsiadam do auta i dwadzieścia minut później parkuję przed warsztatem samochodowym, ale po drodze wpadłam jeszcze do cukierni.

- Czołem chłopaki! – Wołam na cały warsztat. Za samochodów jedna po drugiej pojawiają się głowy moich współpracowników.

- A my się znamy paniusiu? – Odzywa się za moimi plecami Paul.

- Od kiedy to mówisz do mnie paniusiu? – Odwracam się do niego z uśmiecham. Szczęka mu opada.

- Green, ale z ciebie laska. – Mówi wreszcie. – Mam nadzieje, że te pączki są dla nas? – Wskazuje na dwa duże pudełka.

- No jasne. Wkrótce obstąpiło mnie stado mechaników. Każdy chciał ze mną porozmawiać i dostać pączka. Rozsiadłam się na biurku, na którym wypisywane są potwierdzenia odbioru, a z boku postawiłam pudełka z pączkami.

- Słyszałem co nie co, o tym co się stało. – Mówi Paul. – Twarda z ciebie babka. – Klepie mnie po plecach.

- Dzięki. – Trącam go łokciem przyjacielsko.

- Co tu się do diabła dzieje?! – Po całej hali rozbiega się głos wkurzonego szefa.

- Green szefie! – Ktoś odkrzykuje i wszyscy wybuchają śmiechem.

- Nie uwierzę jak nie zobaczę! – Odpowiada i słyszę jego ciężkie kroki. Pracownicy się usuwają na bok by zrobić przejście dla szefa. Zeskakuję z biurka i podaję mu dłoń. Ściska ją mocno z uśmiechem.

- Już myślałem, że cię zabili kruszyno. – Mówi tym swoim głębokim głosem.

- Jestem niezniszczalna szefie.

- Wracasz do nas? – Bierze pączka z pudełka.

- Ja w tej sprawie. Mam pewną propozycję. – Macham mu przed nosem kartkami. – Chyba szef nie powinien jeść tych pączków.

- Moja żona nigdy się o tym nie dowie. – Puszcza mi oczko. – Zapraszam do mnie. – Wskazuje swój pokój. – A więc co tam masz? – Mówi szef, gdy zamyka drzwi i siada za biurkiem.

- Chciałabym otworzyć warsztat samochodowy. – Zakładam nogę na nogę.

- Spodziewałem się tego i nie kryję, że będzie to duża dla mnie konkurencja. – Splata palce na biurku, uważnie mnie obserwuje.

- Być może, ale ja mam na myśli spółkę. – Zaintrygowany krzyżuje ręce i odchyla się do tyłu na fotelu.

- No to słucham. – Mówi życzliwie. Przez ponad godzinę przedstawiam mu swój plan i różne opcje jego realizacji. Zaznaczając przy tym ile on na tym zarobi.

- Świetna propozycja, Megan. Pozwolisz, że się zastanowię i dam ci znać co postanowiłem.

- W porządku. Kiedy mnie szef poinformuje? – Wstaję od biurka.

- Jakieś dwa lub trzy dni. – On także wstaje i odprowadza mnie do drzwi.

- No to mam nadzieje, że do zobaczenia. – Podaję mu rękę, po czym wychodzę.

- Coś ty tam tak długo robiłaś? – Woła Ben.

- Zobaczysz za trzy dni. – Odpowiadam wesoło.

- Coś knujesz. – Mruży podejrzliwie oczy.

- Przecież mnie znasz. Mam to we krwi. – Podchodzę bliżej do niego. – Nad czym pracujesz? – Zaglądam mu przez ramię. Jeszcze przez ponad dwie godziny kręcę się po warsztacie zaglądając mechanikom przez ramię. Wychodzę od nich naładowana pozytywną energią i jadę do Dana i Leo.

- A co ty taka szczęśliwa, co? – Wita mnie od progu Dan. Wchodzę do środka i idę prosto do kuchni, w której jak się spodziewałam zastaję Leo. Witam się z nim i siadam na stołku barowym.

- Coś tam w tej swoje główce uroiłaś. Inaczej byś nie miała takiego humorku. – Mówi Dan, gdy siada obok mnie. Robię dzióbek i posyłam mu całusa. Obaj wytrzeszczają na mnie oczy ze zdziwienia. – No teraz to już musisz powiedzieć co się dzieje. – Leo stawia przede mną kubek z herbatą.

- Powiem wam za trzy dni. – Biorę łyk. – A więc czemu chcieliście się ze mną widzieć? – Patrzę to na jedne i na drugiego, a oni po sobie.

- Pierwsza sprawa jest taka, że ktoś musi powstrzymać Kate i Lisę. – Patrzy na mnie smutnymi oczami Dan. Stało się, obie panie przesadziły.

- O nie ma mowy. Ja się nie wpakuję w paszczę lwa z własnej woli. – Zaprzeczam gwałtownie.

- Proszę cię, Meg. My tego nie wytrzymamy psychicznie. – Wskazuje na Leo, który robi podobną minę do Dana.

- Sami im powiedzcie, że przesadzają. – Krzyżuje dłonie na klatce piersiowej.

- Sama wiesz, że to nie takie proste. Obie najpierw nas zakrzyczą, a potem się obrażą. Na końcu wywołają w nas wyrzuty sumienia i będziemy musieli ich przeprosić. Tylko ty jesteś odporna na ich działanie i się nie dasz tym dwóch hartom. No proszę cię. - Robią minę zbitego psa. Parskam śmiechem.

- Mięczaki z was panowie. Powiem im. – Zgadzam się w końcu. Obydwaj odetchnęli z ulgą.

- A druga sprawa?

- Jest nieco bardziej delikatna. – Mówi spokojnie Leo. Patrzę na nich wyczekująco. – Nie wiemy jak to będzie do końca, ale bierzemy pod uwagę to, że na ślubie i weselu może pojawić się Kim. Nic nie jest przesądzone, ale dobrze by było żebyś o tym wiedziała i jej przed ołtarzem nie udusiła. – Unoszę brwi ze zdziwienia.

- Tak sobie myślę, że lepsze od uduszenia byłoby złożenie jej w ofierze przed ołtarzem. – Obaj mają przerażone miny. – Dajcie spokój. Przecież nie rozwalę wam ślubu, bo będzie też na nim Kim. – Patrzę na nich z nie dowierzaniem.

- Nick też będzie. – Dodaje cicho Dan. Zamykam oczy i liczę do pięciu.

- W porządku. – Mówię spokojnie. Ich miny wyrażające niedowierzanie rozbawiają mnie. – No co? Będzie jeszcze okazja nabroić. – Wyszczerzam do nich zęby. – A teraz powiedzcie mi jak chcecie by wyglądał ślub i wesele. – Rozsiadam się wygodniej i z uwagę słucham ich wytycznych. Dobrze jest wiedzieć czego oczekują, za nim wejdę do klatki z lwami.

Gdy parkuję prze mieszkaniem nadal chce mi się śmiać z tego co powiedział Dan, gdy się z nimi żegnałam. – Będziemy się za ciebie modlić. – Nie zaprzeczę przyda się to. Po drodze zadzwoniłam do Michaela, by dowiedzieć się kiedy Lisa z Kate spotykają się by omawiać plany weselne. Tak dawno nie miałam tak dobrego humoru, aż sama sobie się dziwię. Podśpiewując pod nosem wysiadam z auta i zabieram ze sobą lody czekoladowe, które kupiłam po drodze. Jestem przekonana, że mój szef przystanie na moją propozycję. Zamyślona swoimi sprawami nie zauważam, że kto stoi pod drzwiami mojego mieszkania.

- Roberto? To znaczy Gino. Co ty tu robisz? – Stoi z założonymi rękoma i świdruje mnie wzrokiem. Marszczę brwi. O co mu chodzi?

- Czekam na ciebie od godziny. – Ton jego głosu świadczy o tym, że jest ciut zdenerwowany.

- Jak byś mnie uprzedził o wizycie, to pewnie byś teraz nie czekał. – Mówię przemądrzale. Otwieram drzwi i wchodzę do środka. W ślad za mną podąża Gino. Wkładam lody do zamrażarki z żalem, że tak szybko się z nimi nie rozprawię. Odwracam się niemal wpadam na Gino, który stoi tuż za mną. Zdezorientowana robię kilka kroków w tył. Jego dziwne zachowania trochę mnie niepokoi.

- Jesteś bardzo wesoła. Coś się stało? – Jego opanowanie jest wręcz wymuszone.

- Po prostu zaczynam wcielać w życie marzenia. - Opieram się o szafkę i krzyżuję ręce.

- Cieszę się. – Mówi, ale ani trochę nie wykazuje entuzjazmu.

- Przestań się czaić i gadaj co cię gnębi.

- Monica wyszła z aresztu.

- Jakim cudem? – Wytrzeszczam oczy z niedowierzania.

- Ktoś wpłacił kaucje, a trzeba przyznać nie była mała. – Krzywi się z niezadowolenia. – Tak czy inaczej czeka ją proces, ale póki ona jest na wolności i być może będzie próbowała cię odszukać. – Przemawia przez niego złość.

- A niech to szlag. Myślałam, że wreszcie zostawię to wszystko za sobą i ruszę do przodu, a tu ciągle jakieś kłody pod nogami. – Mój dobry nastrój gdzieś uleciał. Osuwam się i siadam na podłodze. Głowę chowam w kolanach. Jasna cholera! Myślałam, że wreszcie jak człowiek będę mogła chodzić po ulicy w biały dzień bez żadnego ukrywania się, ale nie. To było by zbyt piękne.

- Meg, wszystko się ułoży. Monica nawet cię nie tknie. – Gino siada obok mnie i przyjaźnie szturcha mnie ramieniem.

- Nie boje się jej, Gino. Rzecz w tym, że nie chce narażać przyjaciół. Po za tym, znów muszę się ukrywać. – Odpowiadam stłumionym głosem. – Mam dość siedzenia jak kołek w czterech ścianach! – Mówię ze złością i uderzam pięścią w kolano.

- Co powiesz na to byś wyjechała z miasta na kilka tygodni? – Zerkam na niego z ukosa. Na jego ustach błąka się uśmiech.

- Jakbym miała dokąd to bym to zrobiła. – Odpowiadam zirytowana.

- Za trzy dni wyjeżdżam na zasłużony urlop i wracam na sam proces. Jedź ze mną Megan. – Wpatruję się w niego z niedowierzaniem. Potrząsam głową wracając do rzeczywistości.

- Dzięki za propozycję, ale to nie najlepszy pomysł.

- Ale dlaczego? – Gino marszczy brwi, wpatrując się we mnie intensywnie. Wzruszam ramionami. Nagle na jego twarzy pojawia się szeroki uśmiech i kręci głową. – Po pierwsze nie pomyślę sobie nie wiadomo co i ni będę cię napastował. Po drugie każde z nas będzie miało osobne pokoje. – Zrobiło mi się głupio, ale nie daję tego po sobie poznać.

- Zastanowię się nad twoją propozycją. – Oświadczam i wstaję z podłogi. To jest sytuacja, która wymaga drastycznego podejścia. Wyjmuje z lodówki wcześniej schowane lody. Biorę łyżkę i siadam przy stole i otwieram opakowanie. Gino dosłownie opada szczęka. Zbiera się z podłogi i siada na przeciwko mnie.

- Lody pomogą ci podjąć decyzję? – Pyta z niedowierzaniem.

- Nie kwestionuj moich metod.- Macham mu łyżką przed nosem. Patrzy na mnie jak jakbym postradała rozum.

- Kobiety są nielogiczne. – Sięga po drugą łyżkę i wyjada ze mną lody. Rzucam mu niezadowolone spojrzenie, ale on nic sobie z tego nie robi.

Jeśli wyjadę z Gino, będę miała święty spokój aż do procesu. Nie ma wątpliwości, że trawią za kratki, ale póki Monica jest na wolności może zrobić coś głupiego. Na przykład zabić mnie. Z drugiej strony wyjazd z nim może przysporzyć wiele problemów, których bym nie chciała. Gino może sobie zaprzeczać, że nic nie zrobi i tak dalej, ale wisi nad nami to co zrobiłam przed wejściem na salę bankietową, więc a pewno poruszy ten temat. Jest mi bliski, ale czy na tyle bym się w nim zakochała? Jemu ewidentnie na tym zależy. No i jest jeszcze moja propozycja złożona szefowi. Jeśli się zgodzi a ja wyjadę, wszystko się opóźni. Jakby nie było to kusząca propozycja. Sama chciałam wyjechać gdzieś, ale nie z nim, a najlepiej z nikim.

- No to jak będzie? – Do rzeczywistości sprowadza mnie głos Gino.

- Muszę pomyśleć. Mam na to trzy dni. – Krzyżuję ręce na klatce piersiowej.

- To prawda. – Mówi ugodowo. – Przyszedłem ci powiedzieć tylko o Monice, ale czas już na mnie. – Wstaje z krzesła. – Mam mnóstwo spraw do załatwienia przed wyjazdem. Do zobaczenia. – Puszcza mi oczko i wychodzi z kuchni, po chwili słyszę dźwięk zamykanych drzwi wejściowych.

***

Kolejnego dnia pojechałam do Kate, by przemówić jej i Lisie do rozumu jeśli chodzi o ślub i wesele naszych przyjaciół. Dyskusja była bardzo burzliwa. Wręcz wrzeszczeliśmy na siebie. Michael czmychnął z domu, kiedy zorientował się na co się zanosi. W końcu po godzinie wyszłam od nich. Obiecały, że się opanują i zrobią tak jak chce Dan z Leo, oczywiście wprowadzą parę swoich pomysłów, bo nie były by sobą. Obraziły się oczywiście na mnie, bo niszczę ich koncepcję. Minie im po kilku dniach. Wyjmuję telefon i wybieram numer do Michaela.

- Gdzie jesteś? – Pytam w tytule wstępu.

- U Nicka. – Odpowiadam. Zaciskam usta z niezadowolenia.

- Za ile będziesz wolny?

- Za godzinę.

- Przy Wanti Diner pasuje?

- Może być. – Odpowiada wesoło. – Postawiłaś na swoim? – Nawiązuje do awantury z dziewczynami.

- No jasne. Do zobaczenia. – Rozłączam się i idę do auta. Po drodze wystukuje wiadomość do Dana, że załatwiłam sprawę z Lisą i Kate. Za nim spotkam się z Michaelem wpadam do warsztatu.

- Szef u siebie? – Pytam Paula.

- Tak. Zamierzasz nas teraz codziennie odwiedzać? Wiesz co, lepiej nam pomóż. – Woła za mną. Dziś jest w nie humorze.  Pokazuję mu środkowy palec, na co reszta parska śmiechem. Pukam do drzwi od gabinetu szefa.

- Proszę! – Wchodzę do środka. Szef unosi głowę znad papierów ze zdziwioną miną.

- Wycofujesz się? – Pyta bez ogródek.

- Nie. – Odpowiadam ze śmiechem. – Wiem, że szef miał mi dać odpowiedź za parę dni,  ale ja nie mam czasu. – Siadam na fotelu przed biurkiem.

- Szyba jesteś, Megan. Myślałem nad tym wczoraj wieczorem i wstępnie się zgadzam. – Uśmiecha się do mnie szeroko,a ja odpowiadam mu tym samym.

- Super! – Wykrzykuję.

- Od teraz mów mi po imieniu, Megan. – Szczerzy do mnie zęby. – Coś się stało, że czas cię nagli?

- Nie John. Jest wszystko w porządku. A więc tak, przemyśl koncepcję i w kolejnym tygodniu się z tobą skontaktuję lub ktoś ode mnie. – Mówię szybko, widząc która  jest godzina na zegarze wiszącym na ścianie. Wstaję.

- W porządku – John wstaje za biurka. – Myślę, że to będzie interes życia. – Podaje mi dłoń.

- No pewnie. – Potrząsam moją dłonią. – Do widzenia, John. – Pospiesznie opuszczam jego biuro, odprowadzana przez jego zdziwione spojrzenie. Wsiadam do samochodu i ruszam z piskiem opon. Jedna sprawa jest załatwiona. Teraz czas na Michaela. Z małym opóźnieniem zajeżdżam na parking przed Wanti Diner.Wysiadam i wchodzę do środka. Od razu dostrzegam Michaela siedzącego przy jednym z okien.

- Przepraszam za spóźnienie. – Rzucam do niego i siadam. Przygląda mi się uważnie przez chwile.

- Nic się nie stało. O co chodzi?

- Musi zaraz o coś chodzić? – Odpowiadam pytaniem na pytanie.

- Znam cię nie od dziś. – Uśmiecha się z wyższością. Pokazuję mu język.

- Mam do ciebie pewną propozycję.

- No to zamieniam się w słuch. – Siada wygonie i patrzy na mnie wyczekująco.

- Zamierzam otworzyć z byłym szefem kilka warsztatów samochodowych. Potrzebuję kogoś kto zna się na interesach i autach. – Wbijam w niego twarde spojrzenie. – Ciebie. – Michael milczy przetrawiając to co mu powiedziałam. Z jego twarzy trudno cokolwiek wyczytać.

- Powiedz mi coś więcej. – Mówi w końcu. Więc streszczam mu wstępny pomysł jak ma to wyglądać.

- To jak będzie? – Bębnie palcami o blat stolika z niecierpliwością.

- Wchodzę w to. – Uśmiecha się do mnie.

- Świetnie. – Przybijamy piątkę. – W następnym tygodniu spotkasz się z Johnem by poznać jego koncepcję.- Mówię i zamawiam kawę.

- A ty co będziesz robić? – Pyta zaciekawiony. Przez chwile zastanawiam się, czy mówić mu o propozycji Gino oraz o Monice.

- Monica wyszła za kucją z aresztu. W związku z tym, Gino zaproponował mi wyjazd za miasto. – Odpowiadam. Michael unosi wysoko brwi.

- Zgodziłaś się?

- Nie.

- Ale się zastanawiasz?

- Tak. – Udzielam krótkich odpowiedzi.

- Nie podoba mi się to, że kręci się przy tobie.

- Wcześniej uważałeś go za zaufaną osobę. – Wbijam mu szpilę.

- Bo nie wiedziałem kim jest. – Odpowiada ze złością. Kelnerka przynosi moje zamówienie. Miła jest świadomość, że nie tylko ja byłam zrobiona w konia. – Po za tym przyznaj, że on chce od ciebie czegoś więcej, a wyjazd to dobra dla niego okazja.

- Nie chcesz bym była szczęśliwa? – Pytam z niedowierzaniem.

- Chcę, ale nie z nim. On cię oszukuje. Meg. – Mówi zbulwersowany.

- Co mas zna myśli? – Zaciska szczęki.

- Na razie nie mogę ci powiedzieć. Zrobisz jak chcesz, ale ja ci mówię żebyś lepiej z nim nie jechała. – Wyraz twarzy ma bardzo poważny, gdy to mówi.

66. Chwyta mnie w objęcia i ostrożnie przytula.

- Kiedy wróciłeś do kraju? – Pytam oschle i otwieram drzwi od swojego mieszkania.

- Parę tygodni temu. – Odpowiada spokojnie. Pewnie zdawał sobie sprawę, że ciepło go nie przyjmę. Był tu przez ten cały czas, kiedy ja zmagałam się z Danielem. Wchodzę do środka i zatrzaskuję mu drzwi przed samym nosem.

- Wpuść mnie. – Dobiega za drzwi stłumiony głos Chrystiana.

- Przecież tak czy inaczej wejdziesz. – Mówię rozzłoszczona. Za drzwi dobiega śmiech.

- Nie chcę cię jeszcze bardziej denerwować. – Odpowiada głośno. Ignoruję go i idę do kuchni. Po drodze zrzucam kurtkę i buty. Włączam ekspres do kawy w kuchni. W tym momencie dociera do mnie odgłos zamykanych drzwi, po chwili wchodzi Chrystian.

- Jak się czujesz? – Pyta z troską, kompletnie nie zrażony moim podłych humorem.

- Całkiem dobrze, aż do tej pory. – Mówię chłodno. – Co się stało, że nagle sobie przypomniałeś o siostrze? – Pytam ironicznie.

- Skończyło się dochodzenie w mojej sprawie, więc pierwsze co zrobiłem przyszedłem do ciebie. – Wygląda na nieco urażonego. – Masz piwo? – Ruchem głowy wskazuję na lodówkę. Podchodzi do niej i wyciąga butelkę piwa. W tym samym czasie nalewam sobie kawy do kubka. Mijam go i idę do salonu. Rozsiadam się wygodnie na kanapie. Po kilku sekundach dołącza do mnie Chrystian.

- Jakie znowu dochodzenie? – Krzywi się nie znacznie.

- Detektyw Dawson z jakieś powodu uwziął się na mnie i kilka dni przesiedziałem w areszcie. Nic na mnie nie miał, ale ewidentnie chciał mnie posadzić za kratkami. – Wygląda na porządnie wkurzonego z tego powodu. – Gdy dowiedziałam się co się stało w magazynie i że wyszłaś z tego ledwo żywa, jechałem już do szpitala kiedy FBI mnie zatrzymało. Nie miej do mnie pretensji, że mnie przy tobie nie było. Pan Dawson skutecznie mi to uniemożliwił. – Jestem zdziwiona jego słowami na temat Gino. Chrystian nie ma powodu by mnie okłamywać, ale czemu Gino to zrobił? W szpitalu chodziło mi po głowie, że cała ta sprawa z Danielem wygląda podejrzanie, i że Gino nie jest ze mną szczery tak do końca.

- To jest w stanie ci wybaczyć, ale co robiłeś przez te kilka tygodni i czemu się ze mną nie skontaktowałeś zaraz po przyjeździe? – Pytam już spokojniej, choć nie mogę pozbyć się niepokoju związanego z Gino.

- Byłem w Meksyku kiedy zadzwonił Dan z wiadomością, że Nick nie żyje. Chciałem natychmiast wracać, ale odradził mi to. Nadal przecież wisiała nade mną śmierć z rąk Daniela.

- Ale i tak wróciłeś. – Przerywam mu. Coś mi się tu nie zgadza.

- Tak, bo kilka dni później dowiedziałem się, że Nick zapisał mi coś w testamencie, ale to nie wszystko. Tego samego dnia wieczorem zadzwonił do mnie ktoś, kto o mały włos a przyprawiłby mnie o zawał serca.

- Niech zgadnę. Nick Evans? – Nie potrafię pozbyć się jadu z głosu na samą o nim myśl. Dodatkowo zaognia mój gniew to co się dziś wydarzyło.

- Dokładnie, Meg. A przecież umarł, prawda? Poprosił mnie bym przyjął to co oferuje mi w testamencie.

- Tylko nie mów mi, że jesteś tym który dostał w spadku klub i resztę inwestycji. – Podnoszę głos, gdy tylko sobie to do mnie dotarło. Kolejne klocki układanki złączyły się w całość. Potakuje głową.

- Miałem działaś po cichu i bez zwracania na siebie uwagi. Tak też zrobiłem. Dopilnowałem jego interesów.

- Na pewno też wiesz, że miałam przyjemność spotkać Red-a w twoim klubie. – Mówię oschle.

- Wybacz, że ci nie pomogłem go załatwić, ale pomoc szybko się zjawiła.  - Tłumaczy się szybko. – Muszę przyznać, że podszkoliłaś się w walce. – Dodaje z uśmiechem.

- Lepiej jest się umieć bronić niż być bezradnym. – Przyglądam mu się przez chwilę uważnie. – Więc wszystko wiesz?

- Tak. – Mówi krótko.

- Powinnam się nieźle na ciebie wkurzyć, ale szczerze mówiąc nie mam już na to dziś siły. – Odstawiam nie tkniętą kawę na stolik i zapadam się w kanapie.

- Co się stało? – Pyta zaalarmowany nagłą zmiana mojego humoru. Opowiadam mu o tym jak pojechałam do Nicka i co tam zastałam. - Chciałbym ci jakoś pomóc, ale sama musisz sobie z tym poradzić.

- Wiem. – Wzdycham ciężko.

- Nie mogę ci niczego zakazać, ale uważaj na Roberto Dawsona. Kręci się przy tobie co mnie bardzo niepokoi. – Mówi wyraźnie zmartwiony. Mnie tez. Dodaję w myślach.

- Zostaniesz u mnie na kilka dni? – Pytam by zmienić temat. Mam dość jak na jeden dzień.

- W zasadzie miałem się spytać, czy mogę zatrzymać się u ciebie na kilka dni. – Mówi lekko zmieszany.

- No jasne. – Uśmiecham się do niego. – Pościelę u mnie.

- Wystarczy mi kanapa, Meg.

- Jak chcesz. – Wstaję ostrożnie z kanapy i idę do swojego pokoju, po chwili wracam z kocem i dwoma poduszkami i ręcznikiem.

- Jeśli jesteś głody to nie lodówka stoi otworem.

- Dzięki. – Mówi z uśmiechem.

- Ja się już położę. Jutro pogadamy. – Mierzwię mu włosy i wracam do siebie. Biorę coś przeciwbólowego i kładę się do łóżka. Gdy tylko moja głowa dotyka poduszki, od razu zasypiam.

***

- Długo mam na ciebie czekać?! Spóźnimy się! – Wali w drzwi od łazienki Chrystian.

- Pięć minut! – Odkrzykuję, ale do łazienki wpada Chrystian. Chwytam ręcznik i zasłaniam klatkę piersiową. Zatrzymuje się gwałtownie i otwiera szeroko oczy. Właśnie zerwałam opatrunek by założyć nowy. Dodatkowo widział wszystkie już zielone siniaki oraz gojące się już oparzenia. Nie wspomnę o reszcie blizn, których nigdy wcześniej nie widział.

- Pomogę ci. – Opanowuje się i podchodzi bliżej. Opuszczam ręcznik i pozwalam się opatrzyć. Całe szczęście, że założyłam wcześniej bieliznę i spodnie. Przez całą operację nic nie mówi. Chyba przeżył szok, tym jak moje ciało wygląda po dwóch spotkaniach z Danielem.

- Gotowe. – Prostuje się i zamyka apteczkę. Chwytam koszule wiszącą na wieszaku i szybko ją zakładam. Nie chce by dłużej przyglądał się bliznom.

- Dziękuję. – Mówię z delikatnym uśmiechem. Zerkam kontrolnie w lustro. – Możemy już jechać. – Dodaję i chcę go wyminąć. Przygląda mi się dziwnym wzrokiem.

- Meg. – Zatrzymuje mnie delikatnie. – Nie miałem pojęcia. – Mówi z zaciśniętym gardłem.

- Wiem. Nie przejmuj się, to już przeszłość. – Klepię go po ramieniu. Chwyta mnie w objęcia i przytula ostrożnie. Mrugam gwałtownie powiekami by nie poddać się wzruszeniu. Całuje mnie w głowę.

- Chodźmy już. – Odsuwa się ode mnie i zmusza do uśmiechu. Bardzo wstrząsnęło nim to co zobaczył.

- Spóźnimy się przez ciebie, a Kate tego nie cierpi. – Mówię uszczypliwie.

- No wiesz co?! – Woła oburzony. Całą drogę do Michaela i Kate przedrzeźniamy się wzajemnie.

- No nareszcie woła od progu Kate. – Ściska nas oboje na powitanie i prowadzi do salonu, gdzie już reszta gości sączy drinki. Witam się z Lisą i Karlem, Danem i Leo. Chrystian robi to samo i siada obok nich.

- Gdzie Michael? – Pytam Kate.

- W kuchni. – Odpowiada z uśmiechem.

- Musze to zobaczyć na własne oczy. – Oznajmiam i ruszam przez korytarz do kuchni. Zatrzymuję się przed drzwiami i już mam wejść, gdy dociera do mnie, że Michael nie jest sam.

- Nie mam zielonego pojęcia, ale fakt faktem to jest nie co podejrzane. – Mówi Michael, po czym słyszę dźwięk jak otwiera i zamyka lodówkę. – Masz i posyp tym wierzch zapiekanki. – Dodaje.

- Myślisz, że się Meg wścieknie, gdy mnie zobaczy u was? – Pyta Nick. Sztywnieje i obmywa mnie fala gniewu. Zabije Michaela, że go zaprosił.

- No pewnie i wcale bym się nie zdziwił, gdyby czymś w ciebie rzuciła. – Mówi ze śmiechem Michael, a Nick parska śmiechem.

- Uwielbiam to w niej. – Odpowiada Nick.

- Postrzał też? – Wesołość nie opuszcza Michaela.

- Nie, ale żyje.

- Zawsze można to zmienić. – Mówię lodowato i wkraczam do kuchni. Obaj wytrzeszczają na mnie oczy ze zdziwienia. Podchodzę do Michaela i całuję go w policzek.

- Cześć. – Mówię do niego, a on uśmiecha się figlarnie.

- Chrystian też jest? – Michael kończy układać makaron na zapiekance.

- Tak. – Odpowiadam ignorując kompletnie Nicka. – Pomóc ci?

- Mam już pomocnika. – Michael zaciska usta by się nie roześmiać. Cała ta sytuacja go bawi, a mnie irytuje.

- Zauważyłam. – Mówię z przekąsem i obdarzam Nicka niezbyt przyjemnym spojrzeniem. Od naszego ostatniego spotkania minęło kilka dni i widać wyraźną poprawę. Ogolił się i ubrał jak człowiek. Dostrzegłam też, że ma założony nowy opatrunek.

- Idź do reszty, zaraz przyjdziemy. – Mówi szybko Michael. Wychodzę z kuchni i przymykam drzwi.

- Nie było tak źle. – Zaczyna Michael.

- Chyba nie wiesz na co ją stać. – Odpowiada poważnym głosem Nick. Zaciskam usta i wracam do reszty. Nawet nie masz pojęcia – dodaję w myślach.

Wkrótce zostaje podana kolacja. wszyscy zasiadamy do stołu. Siedzę obok Chrystiana i Kate, ale na przeciwko mnie siedzi Nick. Pomimo tego, że panuje swobodna atmosfera to każdy ukradkiem zerka na mnie i Nicka. Staram się ich zachowanie ignorować i nie nakręcać się nie potrzebnie. Wszyscy są bardzo podekscytowani ślubem Leo i Dana. Z tego co zdążyłam wywnioskować to Kate z Lisą zajmuje się całą organizacją ślubu i wesela. Obaj panowie nie są zbyt zachwyceni ich pomysłami. Dan w koło powtarza, że chce skromne przyjęcie. Leo natomiast zabronił im udekorowania wszystkim kwiatami. Powiedział, że są facetami z krwi i kości i nie potrzebują balu dla barwi. Na co wszyscy ryknęli śmiechem. Po deserze przenieśliśmy się do salonu na kanapę i fotele. Kate zaproponowała wieczór filmowy. Oczywiście przez prawie pól godziny sprzeczaliśmy się jaki film będziemy oglądać. Koniec końców stanęło na gwiezdnych wojnach. Michael z Kate przynieśli ogromne miski z przekąskami oraz napoje, by w koło nie chodzić. Zajęłam miejsce na fotelu, który znajdował się prawie w rogu salonu, gdzie reszta będzie musiała porządnie wykręcić głowę by na mnie spojrzeć, na co się raczej nie odważą, bo ich przyłapię na gapieniu się na mnie. Nick także usiadł na fotelu tyle, że po drugiej stronie kanapy. W połowie filmu poczułam się źle. Mam wrażenie, że za chwilę braknie mi powietrza do oddychania. Ostrożnie podnoszę się z fotela.

- Wyglądasz blado. Coś się stało? – Pyta cicho Dan, który siedzi najbliżej mnie.

- Nie. Wyjdę się na chwilę przewietrzyć. – Odpowiadam szeptem i mijam go idąc do kuchni, gdzie mają najbliższy balkon. Otwieram drzwi i wychodzę na chłodne powietrze. Opieram się o barierkę i biorę kilka głębokich oddechów. Od razu lepiej. Siadam na jednym z wiklinowych foteli i okrywam się szczelniej swetrem. Miasto nocą wydaje się być takie nostalgiczne. Nocą pojawiają się nie chciane myśli. Wtedy wszystko wydaje się takie proste, ale w dzień wraca przytłaczająca rzeczywistość.

- Wszystko w porządku? – Z myśli wyrywa mnie zaniepokojony głos Nicka. Odwracam głowę. Nick stoi w drzwiach balkonowych i przygląda mi się z zaniepokojony.

- Potrzebowałam świeżego powietrza. – Odpowiadam cicho i przenoszę wzrok na miasto.

- Mogę się przysiąść? – Wzruszam ramionami nie patrząc na niego. Siada obok mnie. – Zawsze lubiłaś noc. – Stwierdza i wyciąga nogi przed siebie. Kiwam głową. – Prawie co noc siadałaś na werandzie z kieliszkiem wina i patrzyłaś w dal. Na początku się martwiłem, że coś cię niepokoi, że nie jesteś ze mną szczęśliwa, ale później zrozumiałam. Noc pozwala ci spojrzeć na wszystko z odpowiedniej perspektywy. Wyciszała. – Czuję na sobie jego spojrzenie.

- Sądziłam, że nie wiedziałeś o moim wymykaniu nocą. – Odpowiadam. Próbuję określić jakie mną uczucia miotają w tej chwili. Złość? Smutek?

- Wiem o tobie więcej niż ci się wydaje, Meg. – Wzdrygam się słysząc swoje imię.

- Pomyślałeś, że kiedykolwiek do ciebie strzelę?

- Gdybym wiedział, jakie będą skutki moich decyzji nigdy bym ich nie podjął.

- Nie odpowiedziałeś.

- Nie. – Mówi w końcu.

- Ja też nie. – Odwracam głowę by spojrzeć mu w oczy. Patrzy na mnie smutnymi oczami.

- Zraniłem cię. – Mówi to z takim bólem, że zaciskam pięści by nie pozwolić sobie na jakikolwiek ruch, ale łzy zaczynają płynąc mi po policzkach. – Myślałem, że tak będzie dla nas najlepiej. – Dodaje cicho Nick.

- Myliłeś się, Nick. To zniszczyło wszystko. – Odpowiadam i ze złością wycieram mokre policzki. Wyciąga rękę, aby mnie dotknąć, ale się rozmyśla.

- Myślisz, że jest jakakolwiek dla nas nadzieja? – Wie, że nie musi mi mówić jak bardzo tego wszystkiego żałuje, bo ja to wiem. Nie odpowiadam, bo nie wiem co powiedzieć. Chciałabym powiedzieć nie. To koniec, ale nie potrafię. Tak jak nie umiem mu wybaczyć.

- Nie wiem. – Mówię w końcu.

- Nie umiesz mi wybaczyć? – Pyta ze stoickim spokojem, ale jego zaciśnięte dłonie do białości, świadczą o czymś innym. Czasem mam wrażenie, że czyta mi w myślach.

- Nie. – Odpowiadam zgodnie z prawdą. Nick bez słowa wstaje i odchodzi. A czego się spodziewał? Konsekwencje jego decyzji dopadły nas oboje. Pewnie nie spodziewał się, że tak to wszystko się potoczy. Wkrótce i ja wróciłam do salonu by obejrzeć film do końca. Światło się świeci i wszystkie oczy zwrócone są w moją stronę, ale nie ma wśród nich Nicka.

- Pokłóciliście się? – Pyta pierwszy Dan.

- Nic z tych rzeczy. – Odpowiadam zdezorientowana.

- To co się stało? – Głos zabiera Michael.

- A co miało się stać? – Mówię już wyraźnie podirytowana.

- Nick szybko się z nami pożegnał. Wyglądał na bardzo zdenerwowanego. – Tłumaczy Lisa.

- Tylko rozmawialiśmy. – Ściągam brwi. – Chrystian jedziemy? – Zwracam się do brata. Chce jak najszybciej znaleźć się w swoim mieszkaniu, za nim zasypią mnie pytaniami.

- No jasne. – W lat łapie o co mi chodzi i szybko wstaje. Kate i Michael idą w ślad za nim.

- Dziękuję za zaproszenie. Było naprawdę fajnie. – Silę się na uśmiech i każdego z nich ściskam na pożegnanie. To samo robię z resztą i razem z Chrystianem wychodzimy.

- Musisz się przyzwyczaić do jego obecności, podczas takich spotkań. Jest takim samym znajomym jak ty i ja. – Mówi Chrystian, gdy parkuje pod naszą kamienicą.

- Wiem, ale nie spodziewałam się, że to będzie aż takie trudne. – Wysiadam z samochodu.

- Jemu też nie jest łatwo. – Mówi, gdy spinamy się po schodach na górę.

- Po czyjej stoisz stronie? – Pytam zaalarmowana jego słowami.

- Po twojej siostro. – Uśmiecha się szelmowsko. – Ale zrozum jemu nie było łatwo dziś się z tobą spotkać. Nawet nie zdajesz sobie sprawy ile zajęło Michaelowi i Danowi namówienie go, aby przyszedł. On siedzi sam w czterech ścianach w waszym domu. Nigdzie nie chce wychodzić. – Tłumaczy cierpliwie.

- Nie próbuj wywołać u mnie poczucia winy. To jest jego dom. – Warczę.

- Zwał jak zwał. – Stwierdza Chrystian. – Nikt nie każe ci do niego wracać, a tym bardziej wybaczyć, ale dogadajcie się jakoś, bo unieszczęśliwiacie się trwając w takich relacjach. – Zatrzymujemy się pod drzwiami do mieszkania. Chrystian otwiera drzwi i wpuszcza mnie pierwszą. Bez słowa idę do siebie.

- Dobranoc! – Woła za mną.

- Spadaj! – Odpowiadam i zatrzaskuję za sobą drzwi.

***

Minął już prawie tydzień o kolacji u Michaela i Kate. Duszności przez ten czas powtórzyły się już kilka razy, więc umówiłam się na wizytę do doktora, który się mną zajmował w szpitalu. Badania nic nie wykazały. Wszystko jest w porządku. Lekarz stwierdził, że to może być na podłożu nerwowym. Kazał mi wypoczywać i unikać sytuacji stresowych, jakby to było możliwe. Po za tym, rany się zabliźniły, a siniaki prawie znikły. Co prawda pozostaną paskudne blizny ale na to już nic nie poradzę.

Chrystian dziś się wyprowadza ode mnie. Wkurzał mnie niesamowicie czasami, ale dobrze było mieć kogoś w pustym mieszkaniu. Nawet sądziłam, że dłużej u mnie zabawi. Gdy wchodzę do mieszkania zauważam przy drzwiach dwa kartony. W kuchni zostawiam zakupy, które zrobiłam po drodze.

- Chrystian!? – Wołam.

- Biorę prysznic! – Odkrzykuje. Rozpakowuje zakupy i zabieram się za przygotowanie obiadu. Nic nie przyszło mi kreatywnego do głowy, więc zdałam się na łatwiznę. Gdy kończę doprawiać warzywa do kuchni wchodzi Chrystian.

- Co powiedział lekarz? – Wyjmuje butelkę piwa z lodówki i opiera się o szafkę.

- Wszystko w porządku, choć przez jakiś czas powinnam jeszcze na siebie uważać. – Odpowiadam i wyjmuję ryż na talerze.

- Jakoś nie wyglądasz na zadowoloną. – Zauważa.

- Po prostu mam kiepski humor dziś. 

- Ok. – Kapituluje Chrystian. Stawiam przed nim talerz i sama po chwili siadam obok. W milczeniu jemy, ale ciszę przerywa dzwonienie do drzwi.

- Czekasz na kogoś? – Pytam Chrystiana. Kręci przecząco głową.

- A ty?

- Też nie. – Szybko mijam salon i dopadam drzwi wejściowych. Na progu stoi Nick z rękoma wciśniętymi w kieszenie spodni. 

- Przepraszam, że cię nachodzę ale mam pilną sprawę do twojego brata. – Mówi spokojnie. Przez chwilę zastanawiam się, czy go nie odprawić, ale odpuszczam.

- Ok. Wejdź. – Odsuwam się na bok. Wchodzi i zatrzymuje się zaraz obok mnie. – Jest w kuchni. – Dodaję.

- Dzięki. – Mówi i odchodzi. Zamykam drzwi i z ciężkim sercem idę do nich. Chrystian już zdążył poczęstować piwem Nicka. Wracam na swoje miejsce i zabieram się za to co pozostało na talerzu, przysłuchując się ich rozmowie.

- Jesteś tego pewien stary? –  Pyta Chrystian. - Nie mam doświadczenia w prowadzeniu interesów.

- No jasne. Już się tym zajmowałeś i poradziłeś sobie świetnie. – Odpowiada Nick i klepie go po ramieniu.

- No to przyjmuję twoją propozycję. – Obaj ściskają sobie dłonie. 

- Zaraz zaraz.- Mówię wolno. – Czy te interesy są chociaż legalne? – Celuję widelcem w Nicka.

- Tak. Chcesz zobaczyć dokumenty? – Pyta zirytowany. Widocznie nie spodobało mu się oskarżenie o brudne interesy.

- Nie, ale nie chciałabym byś go wciągał w coś za co trafi za kratki. 

- Nic takiego nie będzie miało miejsca. – Mówi hardo. Mierzymy się spojrzeniami.

- Dosyć tego pokazu testosterony i estrogenu. – Interweniuje Chrystian. – Nick, jeszcze dziś wpadnę do ciebie i omówimy resztę. A ty kochana siostrzyczko schowaj kły.  

- W porządku. – Odpowiada Nick i kieruje się w stronę wyjścia. Chrystian podąża za nim. Słyszę jak rozmawiają jeszcze na korytarzu. Wrzucam brudne naczynia do zlewu, w tym momencie pojawia się Chrystian. Krzyżuje ręce i patrzy na mnie pobłażliwie.

- No co? – Zerkam na niego przelotnie.

- Wszystko jest w pełni legalne, a ty naskoczyłaś na niego jak na jakiegoś przestępcę. 

- Ostrożności nigdy nie za wiele. – Mówię wymijająco.

- Meg, doceniam troskę o mnie, ale jestem już duży i dam sobie radę. – Spojrzeniu mu łagodnieje. – Będę się już zbierał. – Podchodzi do mnie i ściska mnie mocno. – Adres zostawiłem ci przypięty do lodówki oraz nowy numer telefonu. – Całuje mnie w głowę. – Dzięki za wszystko i uważaj na siebie. – Puszcza mnie. Spod drzwi zabiera pudła i jeszcze na odchodnym puszcza mi oczko i wychodzi. Zamykam za nim drzwi i dodatkowo przekręcam zamki. 

Znów zostałam sama. 

65. Nieplanowane spotkania.

W końcu po czterech dniach lekarz wypuścił mnie ze szpitala. Kompleks badań jakie mi zaserwował wyszły pomyślnie, więc nie miał argumentu by mnie dalej przetrzymywać.

- Nareszcie koniec tej męczarni. – Wzdycham z ulgą. Lekarz uśmiecha się pod nosem.

- Mam nadzieje, że nie było u nas tak źle. – Odpowiada.

- Nikt nie lubi szpitali. – Stwierdzam i nie bez trudności wstaję z fotela.

- Jako pacjent nie, ale jako lekarz to inna sprawa. – Otwiera dla mnie drzwi.

- To prawda. Dziękuję za doprowadzenie mnie do stanu używalności. – Podaję mu dłoń, a on ją potrząsa lekko ściskając.

- Nie ma za co. Proszę na siebie uważać. – Odprowadza mnie do mojej sali i odchodzi.

Pielęgniarka pomogła mi się ubrać w ubranie przywiezione wcześniej przez Kate. Poprosiłam ją o to, ale nie powiedziałam kiedy wychodzę. Lekarza także ostrzegłam by nie mówił kiedy mnie wypuści ze szpitala. Moi przyjaciele byli niezadowoleni z tego powodu, ale potrzebuję ciszy i spokoju. A moi znajomi do spokojnych nie należą. Żegnam się i dziękuję osobą, które opiekowały się mną przez te kilka tygodni. Wychodzę ze szpitala i ruszam w kierunku ruchliwej ulicy, by złapać taksówkę.

- Hej, Megan! – Woła ktoś za mną, odwracam się w lewo i dostrzegam biegnącego w moją stronę Gino. Jednak nie udało mi się zwiać stąd nie zauważona. Nie mam szans by uciec, więc czeka aż do mnie podejdzie. – Nie wiedziałem, że dziś wychodzisz. – Mówi lekko sapiąc.

- Tak było, aż do tej pory. – Odpowiadam kwaśno.

- Miałem farta. – Uśmiecha się szeroko. – Podwieźć cię do domu? – Krzywię się lekko. Chyba zapomniał, że ja już nie mam domu. Pewnie Nick wrócił do niego.

- Tak, na West Bronx. – Gino przygląda mi się chwilę, ale odpuszcza i nic nie mówi na temat Evansa.

- Ok. Tu za rogiem mam zaparkowany wóz. – Macha rękę w bliżej nie określonym kierunku. Zabiera ode mnie torbę i ramię w ramię idziemy przez parking. – Może wpadniemy do jakiegoś sklepu? – Odzywa się Gino.

- Po co?

- Pewnie nie masz w mieszkaniu nic do jedzenia. – Zerka na mnie z ukosa. Zaciskam usta w wąską linię.

- No fakt. Niech ci będzie.

W drodze do mieszkania zajeżdżamy pod ogromny market. Szczerze mówiąc miałam nadzieję, za szybkie zakupy a nie włóczenie się po całym sklepie.

- Wybaczyłaś mi już? – Pyta Gino, gdy zastanawia się jakie wybrać płatki na śniadanie. Podnoszę na niego wzrok.

- Nie miałeś wyjścia, taką masz pracę. – Odpowiadam po chwili namysłu. – Choć nadal jestem zła. – W końcu wrzucam do koszyka czekoladowe płatki. Gino prowadzi wózek, a ja podążam obok niego.

- To są właśnie jej minusy. – Wzdycha Gino i skręcam w kolejną alejkę.

- Wiedziałeś na co się decydujesz, gdy ją podjąłeś. – Wrzucam do koszyka kolejne produkty spożywcze.

- Jesteś pewna, że zjesz tyle lodów? – Pyta zdziwiony, gdy włożyłam kilka małych wiaderek lodów różnych smaków. Rzucam mu spojrzenie spod byka. – O co ci chodzi? Wyglądasz świetnie. – Szczerzy się do mnie. Wreszcie po niespełna godzinie opuszczamy sklep. Za karę Gino musiał zabrać wszystkie siatki z zakupami. Wywinęłam się tym, że mnie nie wolno dźwigać, a to był jego pomysł. Przez całą drogę mamroczę pod nosem, o wykorzystywaniu mężczyzn przez kobiety.

Pomógł mi również zanieść zakupy do mieszkania, w którym omal brakowało a wracalibyśmy do szpitala z rozbitą głową przez Gino. Kate z Michaelem zawalili mi przed pokój kartonami z moimi rzeczami z domu Nicka.

- Mogli chociaż je poukładać. – Psioczy Gino, rozcierając sobie bark.

- Kate i Michael bardzo mi pomogli w tej kwestii. Przestań marudzić. – Podaję mu torebkę z lodem obwiniętą ręcznikiem. Na szafce obok drzwi dostrzegam kluczyki od mojego auta. Dobrze, że pomyśleli też by zabrać mój samochód.

Gino siedzi na krzesełku barowym przykładają sobie okład z lodu, a ja powoli rozpakowuję zakupy. Cały czas mnie obserwuje jak się krzątam.

- Nadal cię bolą żebra. – Przerywa ciszę Gino.

- Nie regeneruję się tak szybko jak w filmach. – Odpowiadam, chowając mleko do lodówki.

- Jak już skończyłaś to może zamówię coś do jedzenia? – Proponuje.

- Nie przypominam sobie bym zapraszała cię na obiad. – Udaję, że się zastanawiam.

- Jesteś cholernie irytująca. – Odpowiada z przekąsem.

- Tak to już jest jak ktoś się wpycha do mnie. – Mówię przemądrzale.

- Pizza czy chińczyk? – Pyta, gdy wyjmuje telefon z kieszeni spodni.

- Chińczyk, to co zawsze. Pójdę się ogarnąć a ty się rozgość. – Decyduję i idę do sypialni. Zabieram ubrania na zmianę i zamykam się w łazience.

Po godzinie puka do drzwi łazienki Gino.

- Żyjesz? – Pyta zaniepokojony. Nie odpowiadam i dalej kontynuuję zmianę opatrunku. – Megan, słyszysz mnie? – Podnosi głos, a ja uśmiecham się pod nosem. – Odpowiedz! – Teraz już wali w drzwi.

- Nie przeszkadzaj mi. – Odpowiadam.

- Jest już żarcie. Czemu nie odpowiadasz?! – Pyta zdenerwowany.

- Nie chce wyjść z wprawy w irytowaniu ciebie. – Mówię wesoło. Póki jestem bezpieczna mogę sobie  pozwolić na żary z Gino. Słyszę za drzwiami jak klnie siarczyście. – Wyłaź, bo zjem wszystko. – Rzuca na odchodnym obrażony tonem. Chichocze pod nosem. Wyrzucam zużyty opatrunek i wychodzę z łazienki.

W salonie na podłodze siedzi Gino z wyciągniętymi nogami przed siebie i zajada się chińszczyzną. Oczy ma wlepione w ekran telewizora. Zaczynam podejrzewać, że jest uzależniony do telewizji. Siadam ostrożnie na kanapie i zabieram się za jedzenie. W ciszy oglądamy mecz koszykówki.

- Chcesz coś do picia? – Pytam, gdy wyrzucam puste opakowanie do kosza.

- Nie. Będę się już zbierał. – Wstaje i idzie do drzwi. Idę za nim.

- Dzięki za podwózkę i zakupy. – Mówię, gdy Gino ma już rękę na klamce.

- Nie ma za co. – Uśmiecha się do mnie ciepło i otwiera drzwi. Ma już wyjść, ale odwraca się w moją stronę. – Wpadnę do ciebie nie długo. Musimy o czymś porozmawiać. – Wpatruje się we mnie uważnie.

- Wiem. – Wzdycham ciężko.

- Do zobaczenia. – Całuje mnie w policzek i wychodzi. Zamykam za nim drzwi na zamek. Wiedziałam, że prędzej czy później któreś z nas poruszy temat tego co miało miejsce tuż przed wejściem na salę bankietową w kasynie. Zachowałam się impulsywnie pod wpływem chwili. Być może chciałam zobaczyć czy coś więcej do Gino poczuję? Sama nie wiem. Na razie potrzebuję dużej ilości snu we własnym łóżku. Zabieram ze sobą szklankę wody oraz telefon. Włączam w sypialni radio i je przyciszam. Pisze do każdego z przyjaciół wiadomość, że ze mną wszystko w porządku, i że jestem już w domo, po czym wyłączam telefon by uniknąć rozmów. Kładę się do łóżka i przykrywam kocem. Wreszcie mogę odpocząć.

***

Budzi mnie upierdliwe walenie w drzwi i dzwonienie dzwonka.

- Co do cholery? – Mamroczę sennie pod nosem. Wygrzebuję się z łóżka razem z kocem i idę otworzyć drzwi. Zabiję tego kogoś, że mnie wyrwał ze snu. Najchętniej to kopnęłam bym go w tyłek i zepchnęła ze schodów. Nie patrząc przez wizjer ze złością otwieram drzwi. Spod ledwo otwartych oczu dostrzegam stojących na progu Michaela i Dana.

- Jak jeszcze raz będzie tak hałasować to połamię wam palce u rąk. – Mówię rozzłoszczona i idę do salonu. Siadam kanapie i szczelnie okrywam się kocem.

- Jak byś nie wyłączyła telefonu to by nie było problemu. – Odpowiada Michael i siada obok mnie.

- Chciałam mieć święty spokój. – Mówię zdenerwowana.

- Przestańcie. – Przerywa nam Dan. Oboje posyłamy mu ponure spojrzenie. Dan powstrzymuje się od uśmiechu.

- Co was do mnie sprowadza? – Nim zdąży któryś odpowiedzieć do mieszkania wpada wkurzona Kate. Staje w salonie i patrzy grozie na każdego z nas. Ręce opiera na biodrach.

- Dan do samochodu i bez gadania. – Wydaje rozkaz. Marszczę brwi. Co tu się dzieje? Dan z nietęgą miną opuszcza mieszkanie pod eskortą Kate, która zamyka drzwi za nim na zamek i wraca do nas. – My tylko na chwilę w pewnej sprawie.

- Ok. W czym rzecz? – Mówię nie chętnie. Najlepiej wróciłabym z powrotem do łóżka.

- Trzeba zorganizować, wieczór kawalerski Danowi. – Otwieram szeroko oczy na słowa Kate. Jak widać ślub Dana i Leo nie jest już tajemnicą. Na ich szczęście i nieszczęście Kate wzięła sprawy w swoje ręce. 

- Mhm i? – Dopytuję się.

- Ty się tym zajmiesz razem z Michaelem. – Mówi takim tonem, że jakikolwiek sprzeciw nie ma sensu. Decyzja podjęta.

- A co z Leo?

- Jego brat organizuje mu imprezę. Macie ponad miesiąc na zorganizowanie imprezy. – Rozsiada się na fotelu. Zerkam przelotnie na Michaela i już wiem, że to nie był jego pomysł. Minę ma nieszczęśliwą, pewnie wyglądam podobnie. – Zgadzasz się, Meg?

- Tak. – Pyta o zgodę jakby to miało tu jakieś znaczenie.

- Super. – Klaska zadowolona w dłonie. – Jak się czujesz? – Pyta już z uśmiechem.

- Całkiem dobrze. – Odpowiadam machinalnie.

- Chcemy zorganizować pod koniec tygodnia kolację. Przyjdziesz? – Kate nie marnuje czasu. Od razu przechodzi do sedna.

- No jasne. To tyle. Czas na nas. Mam tyle do zrobienia. Nie wiem czy wiesz, ale Dan zaangażował mnie w przygotowania do ślubu? – Cały czas trajkocze Kate.

- Co jak co, ale na tym się znasz jak nikt inny. – Uśmiecham się znacząco. Kate ma bzika na punkcie wesel i ślubów. Podchodzimy do drzwi.

- No właśnie. – Wypina dumnie pierś. Michael przewraca oczami za jej plecami.

- Dziękuję wam za pomoc w przeprowadzce. – Mówię, gdy już maja wychodzić.

- Nie ma za co. – Odpowiada Kate.

- Wiele razy nam pomogłaś, więc my mamy okazję odwdzięczyć teraz. – Dodaje Michael, nagle włączając się w rozmowę.

- Rozmawiałaś ostatnio może z Nickiem? – Zaczyna delikatnie Kate. Prostuję się jakby poraził mnie piorun.

- Nie i nie mam zamiaru. – Mówię tym razem już poddenerwowana. Nie widziałam go od czasu, kiedy się wybudziłam, ale z tego co mówił mi Dan był parę razy w szpitalu by dowiedzieć się o stan mojego zdrowia.

- Może powinnaś. – Zauważa ostrożnie Michael.

- Dlaczego? – Pytam lodowato.

- Wiemy ile przez niego wycierpiałaś, i że nie możesz mu tego wybaczyć. Rozumiemy to, ale….- Michael się zacina i patrzy błagalnie na Kate.

- … gdy, byliśmy u niego by cię spakować… – Urywa Kate i spogląda na Michaela.

- No wyduście to wreszcie z siebie. – Mówię już wyraźnie zła.

- Nick jest w bardzo kiepskim stanie. Nie chce jechać do szpitala na zmianę opatrunków. Próbowaliśmy go zmusić, ale nic z tego. Wiem, że nie chcesz go widzieć, ale wygląda na to że tylko ciebie posłucha. – Odpowiada śmiertelnie poważny Michael. Krzywię się z niezadowolenia. Spoglądam na Kate.

- Nie wkręcamy cię. – Dodaje Kate.

- Wiem. – Wzdycham ciężko. Żegnamy się pospiesznie, bo Dan trąbi niecierpliwie przed kamienicą.

Przez słowa Kate i Michael myśli krążą mi natrętnie po głowie. Podejmuję decyzję w ułamku sekundy. Zerkam na zegarek. Jest 17. 50. Spałam prawie dobę. Robię coś szybkiego do jedzenia. Przebieram się w cieplejsze ubrania. Biorę kluczyki do auta i po chwili zastanowienia również broń, którą dał mi Michael, bo moja już przepadła. Schodzę po schodach w żółwim tempie. Czuję się jak staruszka. Mam nadzieję, że szybko wrócę do formy. Wreszcie z ulgą wsiadam do samochodu. Droga do mojego domu, wróć do domu Nicka trwa zaskakująco krótko. Choć całą drogę klnę jak szewc, gdy zmieniam biegi. Ten jeden jedyny raz żałuje, że nie mam automatycznej skrzyni biegów. Rany po przypalaniu jeszcze się dobrze nie zagoiły i nie miłosiernie bolą. Na szczęście żebra już coraz mniej. Parkuję przed bramą i gaszę światła. W ciemności obserwuję dom. W żadnym oknie nie pali się światło. Wysiadam z auta i otwieram furtkę. Cicho idę przez trawnik, aż docieram do werandy. Zatrzymuję się przed drzwiami z mocno bijącym sercem. Tyle wspomnień mam związanych z tym domem. Zerkam na wiklinowe meble. Spędzaliśmy tu wiele miłych wieczorów. Potrząsam głową. To już przeszłość. Delikatnie otwieram drzwi wejściowe i wchodzę do cichego domu. Znam go tak dobrze na pamięć, że nie potrzebuję światła. Przechodzę przez ciemny salon i wchodzę po schodach na górę. Zatrzymuję się przed drzwiami od jego gabinetu i nasłuchuję. Tu go nie ma. Podchodzę do drzwi prowadzących do sypialni. Lekko są uchylone. Przez szparę sączy się słabe światło. Pcham delikatnie drzwi i wchodzę do środka. Rozglądam się dookoła. Wcale mnie nie dziwi bałagan. Drzwi od garderoby są otwarte na oścież, z których pada światło na całą sypialnię. Biorę głęboki oddech i wchodzę do środka. To co widzę kompletnie mnie zwala z nóg. Zdrową rękę podtrzymuję się szafy by nie upaść. Przez moment myślę, że ktoś go napadł. Nick siedzi na podłodze cały zakrwawiony, a obok niego leży kilka butelek po wódce.

- Świetnie. – Mówię z przekąsem. A podobno to kobiety są słabą płcią. Podchodzę do niego i sprawdzam czy ma plus. Co jak co, ale nie chciałabym by był trupem. Na szczęście wyczuwam całkiem mocy puls. Wchodzę do łazienki i po chwili wracam z apteczką. Całe szczęście, że to ja zaopatrywałam apteczkę. Z mina męczennicy zaczynam go opatrywać. Okazuje się, że naderwał szwy stąd to krwawienie. Przyglądam się jego twarzy uważnie. Nick wygląda tragicznie. Wyraźnie widać, że schudł i nie golił się od kilku dni. Nie wspomnę o kąpieli. W momencie, gdy mam zabrać się za szycie Nick się ocknął. Podnosi głowę i rozgląda się nie przytomnym wzrokiem po garderobie. W końcu skupia wzrok na mnie. Jego ciemne oczy rozszerzają się z niedowierzania. Twarz ma bladą jak trup, a oczy podkrążone ze zmęczenia.

- Mam delirkę? – Pyta ochrypły głosem.

- Nie. – Odpowiadam oschle.

- O kurwa. – Wydusza z siebie. Trafne określenie sytuacji.

- Nie ruszaj się. – Mówię cicho. Nie patrząc mu w twarz zabieram się za szycie. Przez całą operację syczy cicho, ale nic poza tym. Na koniec zakładam nowy opatrunek.

- Dziękuję. – Odpowiada już mocniejszym głosem. Bez słowa zbieram rzeczy do apteczki. – Porozmawiamy? – Unoszę głowę by na niego spojrzeć. Patrzy na mnie z nadzieją. Zaciskam dłonie na pudełku, które z jękiem protestuje.

- Nie. – Wstaję krzywiąc się i wychodzę z pokoju. Apteczkę zanoszę do łazienki i schodzę na dół do salonu. Zatrzymuję się przy kanapie i rozglądam się dookoła. Mimo, że jest ciemno rozróżniam kształty mebli. To kiedyś był dom. Dom, który mogłabym stworzyć z Nickiem, ale teraz to nie ma już znaczenia. Wydobywa tylko bolesne wspomnienia.

- Meg? – U szczytów schodów pojawia się Nick. – Proszę. – Mówi zbolałym głosem. Zaciskam mocno zęby, aby się nie rozpłakać. Biorę kilka głębszych wdechów by się uspokoić.

- Dobranoc. – Mówię głośno i szybko opuszczam dom.

- Meg, zaczekaj! – Krzyczy za mną Nick, ale ja już idę przez ogród w kierunku auta zaparkowanego za bramą. Chcę być najdalej od niego jak się da. – Do jasnej cholery, Megan daj mi się chociaż wytłumaczyć! – Jak na złość podąża za mną. Cała ta sytuacja przypomina mnie całkiem podobną do tej sprzed kilku miesięcy. Wtedy też go ratowałam i też skończyło się to pogonią przez ogród. Wygląda na to, że historia lubi się powtarzać. Nick dopada mnie przed samą bramą i szarpnięciem zmusza do odwrócenia się twarzą do niego.

- Wiem wszystko, Nick. Nie mamy o czym rozmawiać. – Mówię ostro.

- Nie prawda. Jest wiele rzeczy, które musimy omówić. – Protestuje stanowczo. Przyjmuję postawę obronną.

- Nic mi nie przychodzi do głowy, Nick. – Odpowiadam kwaśno i otwieram furtkę. Szybko podchodzę do samochodu.

- Nie poddam się póki jest nadzieja.

- Nie ma żadnej nadziej, Nick. To już koniec. – Otwieram drzwi.

- Gdybyś nic do mnie nie czuła, nie było by cię tu. – Mówi głośno Nick. Wsiadam i zatrzaskuję za sobą drzwi. Odpalam auto i odjeżdżam z piskiem opon. W lusterku wstecznym widzę jego postać stojącą na drodze. Jestem na siebie wściekła. Trzeba było siedzieć w domu na tyłku, ale nie ugięłam się pod słowami Kate i Michaela. A najlepiej zostawić go tak zakrwawionego. Jestem na siebie wściekła, ale prawda jest taka, że nadal go kocham, ale nie potrafię wybaczyć tego co zrobił. Trzeba to ukrócić raz na zawsze, bo żadne z nas nie ruszy do przodu, dopóki ta niedokończona sprawa będzie między nami. W tak niewesołych myślach docieram do domu.

Gdy wchodzę na górę , pod moimi drzwiami siedzi jakiś mężczyzna. Słysząc moje kroki unosi głowę, a ja staję jak wryta.

- Jak się masz siostrzyczko? – Wita mnie z uśmiecham Chrystian.

64. Czas nie leczy ran.

Budzę się w ciepłym i wygodnym łóżku. Gardło mnie piecze niemiłosiernie, a lewy bok strasznie boli. Już nie wspomnę przygważdżającym do poduszki bólu głowy. Jednym słowem czuję się tak jakbym przeżyła zderzenie z ciężarówką, a może jestem w piekle? Otwieram powoli oczy. W pomieszczeniu panuje pół mrok. Dociera do mnie cichy odgłos równomiernego pikania. Zmuszam głowę do obrócenia się w lewo. Dostrzegam maszynę monitorującą moje funkcje życiowe, czyli jestem w szpitalu. Uf, no co całe szczęście, że to nie przeklęty magazyn. Przekręcam głowę w prawo. Na fotelu pod ścianą siedzi mężczyzna. Oddycha równomiernie z głową opartą o oparcie fotela. Śpi. Zerkam na szafkę stojącą koło łóżka. Stoją na niej kwiaty i kilka upominków. Pewnie moi przyjaciele zrobili nalot na szpital. Wcale bym się nie zdziwiła, jak pielęgniarki by dostawały szału. Potrafią robić sporo zamieszania. Uśmiecham się z wysiłkiem pod nosem i zaraz się krzywię. Boże, nawet twarz mnie boli. Kątem oka zauważam ruch w nogach łóżka. Żołądek podchodzi mi do gardła, a pikanie maszyny znacznie przyspiesza.

- Spokojnie Meg. – Odzywa się postać cichym głosem. Podchodzi do mnie bliżej i siada na krześle stojącym obok łóżka. Oddycham z ulgą. - Cieszę się, że do nas wróciłaś. – Mówi z wielką ulgą w głosie Gino.

- Ja też. – Odpowiadam cicho. Nawet własnego głosu nie poznaję.

- Jak się czujesz? – Pyta z troską.

- Do kitu. – Śmieje się cicho, a ja nie mogę się powstrzymać i się uśmiecham.

- Powinien zbadać cię lekarz. Zaraz wracam. – Bezszelestnie wstaje i wychodzi z pokoju. Po kilku minutach wraca z lekarzem. Nad moją głową rozbłyska światło. Mrużę oczy.

- Jak się pani czuje? – Pyta miłym głosem doktor. Zadaje mi mnóstwo pytań i przystępuje do badania. Dowiaduję się, że mam pękniętą czaszkę i parę szwów założonych na twarzy. Oprócz tego przeszłam trudną operacje i cud, że żyję. Dlatego tak mnie boli tek bok, gdzie ugodził mnie nożem Daniel. Oparzenia zostały opatrzone, no i mam kilka pękniętych żeber – znowu. Byłam nieprzytomna ponad dziewięć dni. Wczoraj dopiero zaczęłam samodzielnie oddychać i wyjęli mi rurkę z gardła. Stąd obolałe gardło.

- Przeszła pani twardą szkołę życia. - Stwierdza lekarz. No tak przecież widział mnóstwo blizn na moim ciele, pomijając świeże obrażenia.

- To prawda. – Odpowiadam zgodnie z prawdą. Słyszę poruszenie za plecami doktora.

- Co się stało? Wszystko w porządku? – Dopytuje się mężczyzna śpiący pod ścianą. Napinam całe ciało i zaczynam głośniej oddychać. W pokoju słuchać przyspieszone pikanie maszyny.

- Proszę się nie denerwować. – Próbuje uspokoić mnie lekarz, ale na to już za późno. Obok Gino pojawia się Nick. Ogarnia mnie taka wściekłość, że mam wrażenie iż zajmę się samoistnie ogniem. Ból i żal wypełniają moje serce. Jak to możliwe, że boli to jeszcze bardziej niż wcześniej? Twarz ma bladą i zmęczoną. Podkrążone oczy świadczą o tym, ze od wielu dni nie spał za dobrze. Rękę ma na temblaku.

- Megan, uspokój się. – Odzywa się Gino, ale ja go ignoruję i wpatruję się lodowato w Nicka. Próbuję się podnieść, ale powstrzymuje mnie lekarz.

- Nie chcę cię tu nigdy więcej widzieć. Dla mnie już nie istniejesz. Wynocha! – Warczę wściekła. Obaj panowie wymieniają między sobą spojrzenia. 

- Proszę opuścić salę . Pacjentka musi odpocząć. – Interweniuje w końcu doktor. Gino i Nick wychodzą z sali z oporem. Zauważam, że Nick kuśtyka. - Dam pani coś przeciw bólowego. – Zwraca się do mnie i wychodzi z sali. Zaraz potem wchodzi pielęgniarka i wstrzykuje mi coś. Po chwili czuję ogarniającą moje ciało błogość. Poprawia mi jeszcze poduszki i wychodzi gasząc światło. Leżę tak w ciemnościach próbując poskładać wspomnienia w całość. Magazyn. Ból. Daniel. Zdrada Nicka. Kim. Krew. Śmierć. Will. Tak, to już koniec życia w strachu przed Danielem. Zabiłam go. Przed oczami mam obraz Daniela, z którego uchodzi życie. Powinnam czuć satysfakcję, ale tak nie jest. Zabiłam człowieka, ale gdybym go nie dopadła on by dopadł mnie. W to nie mam wątpliwości. Na własne oczy widziałam kim się stał i co potrafił zrobić. Ostatnim razem, gdy byłam w szpitalu postrzelił mnie Red. Mam wrażenie jakby to było wieki temu. Gdy byłam zakochana w Nicku. Pamiętam ten czas, jak się mną opiekował. Tak, to było dawno temu. Nie do wiary, że byłam taka głupia. Co on tutaj robi? Powinien siedzieć w więzieniu! Szkoda, że go jednak nie zabiłam.

- Śpisz? – Za drzwi wygląda głowa Gino.

- Nie. Wejdź. – Siada tak jak wcześniej na krześle obok łóżka i zapala lampkę nocną. – Chcę wiedzieć wszystko. – Mówię z naciskiem. Gino wzdycha ciężko i patrzy na mnie zmęczonym wzrokiem. Teraz dopiero zauważam zmianę w jego postawie i ubiorze. Ma na sobie ciemne dżinsy i czarną koszulę, a przy pasku od spodni broń i odznakę FBI. Teraz wygląda bardziej jak agent. Choć myślałam, że oni noszą garnitury. Wygląda nieźle w tym wydaniu.

- Jest jedna rzecz, którą musisz mi obiecać, a chociaż zrozumieć mnie. – Zaczyna mówić.

- Postaram się, no więc mów wreszcie. – Nie spuszczam wzroku z jego twarzy.

- Gdy zostałaś zaatakowana przez Red-a na parkingu podziemnym, dwa dni później zgłosił się do mnie Nick. Od początku wiedział kim jestem co jest bardzo dziwne. Nie mam pojęcia skąd on bierze takie informacje. Zawarliśmy umowę. On będzie dla nas szpiegował narażając własne życie i pomoże nam dorwać Daniela, a my w zamian wyczyścimy twoje i jego akta, które muszę przyznać są imponujące oraz nie postawimy wam żadnych zrzutów, gdyby poszło jednak coś nie tak. Megan on zrobił to dla ciebie. Chciał byś była bezpieczna i raz na zawsze uwolniła się od Daniela.  - Urywa widząc moją minę. Zamykam oczy i próbuję się uspokoić.

- Mów dalej. – Polecam głosem wypranym z emocji.

- Tak więc, od tej pory współpracowaliśmy razem. Musisz wiedzieć, że jego śmierć nie była ukartowana. Była sporym zaskoczeniem dla obu stron. Przez pewien czas naprawdę myśleliśmy, że nie żyje. Aż dwa tygodnie później po wypadku odezwał się do mnie i powiedział co się stało. Gdy Daniel dowiedział się, że Nick jest ledwo żywy zabrał go ze szpitala i ulokował w jakiejś prywatnej klinice. Oczywiście opłacił lekarzy by sprawę zatuszować. Na jego korzyść działało to, że ani ty, ani my nie wiedzieliśmy o tym. A jak sama wiesz trumna nie była otwierana w czasie pogrzebu. – Urywa i waha się, czy nie iść po lekarza. Zaciskam dłonie w pięści, a pikanie urządzenia przyspiesza. Zerka na mnie i na monitor.

- Nic mi nie będzie. – Ponaglam go machnięciem ręki.

- Dodatkowo podejrzewaliśmy, że ktoś z twojego otoczenia mu donosi o twoich ruchach. Początkowo myśleliśmy, że to Michael. Musisz przyznać, że Nick i Michael nie przepadają za sobą. Okazało się, że to Kim. Jakiś czas potem skontaktował się ze mną twój przyjaciel i zaproponował współpracę. Wiedział, że chce dopaść z Willem Blake -a, ale nie miał pojęcia kim tak naprawdę jestem. Zaczęliśmy razem współpracować. Musisz przyznać, że Michael pomógł ci, mimo że macie ze sobą na pieńku. Miał wyrzuty sumienia za to co ci się przytrafiło kilka lat temu i postanowił działać, gdy Daniel wyszedł z więzienia. Mieliśmy plan, ale nie wzięliśmy pod uwagę tego, że sama postanowisz działać na własną rękę co nam znacznie utrudniało pracę. – Patrzy na mnie z rozbawieniem, ale mnie nie jest do śmiechu. – Postanowiliśmy urządzić bankiet w prowadzonym przeze mnie kasynie. Zaprosiłem na niego Daniela i innych podejrzanych typków. Zadbaliśmy o to by dowiedział się, że ty też tam będziesz.

- Czyli byłam przynętą? – Pytam rozeźlona.

- Tak jakby. – Mówi skruszony. – My daliśmy ci szansę na dorwanie Daniela, a dzięki temu sami też na tym skorzystamy. Jednakże Daniel dowiedział się o współpracy Willa i Rico z policją i urządził im piekło na górze. Will niestety nie żyje, ale Rico dochodzi już do siebie. Zaskoczył nas wszystkich. Zasadzka mu się udała, bo schwytał ciebie. Wymknął się nam. Postawiliśmy całą policję na nogi, by patrolowała ulice, ale przepadliście jak kamień w wodę. Wreszcie Nick dał nam cynk, gdzie jesteś, ale Michael nas uprzedził i jak sama widziałaś wpadł do magazyny z kilkoma ludźmi. Resztę już sama znasz. – Patrzy na mnie wyczekującą. Nie ma pojęcia jak zareagować. Musze wszystko sobie to przyswoić. A zwłaszcza to, że byłam robiona w konia prawie od samego początku.

- No odezwij się. – Gino wygląda na wyraźnie zmartwionego. Zbieram wszystko w logiczna całość, ale nie mogę zignorować emocji mi towarzyszących.

- Ja rozumiem, że wykonujesz taki a nie inny zawód i nie mogłeś mi nic powiedzie dla dobra dochodzenia, ale nie wybaczę ci tego i Nickowi. Przez ten czas wycierpiałam tyle, jak nigdy w swoim życiu.

- Megan, gdybyśmy ci powiedzieli, wszystko mogłoby się popsuć. Nie mogliśmy tak ryzykować. – Tłumaczy błagalnie Gino. Patrzę na niego spod byka. Gdyby nie to, że jestem unieruchomiona to by po pamiętał.  - Spójrz na to z innej strony. Zemściłaś się, a Daniel nie żyje. 

- Mam rozumieć, że przez ten czas również udawałeś mojego przyjaciela? – Pytam zwodniczo cichym głosem, ale serce tłucze mi się w klatce piersiowej ze zdenerwowania. 

- Nic nie udawałem. – Odpowiada oburzony, jakbym dotknęła go do żywego, ale wyraz twarzy Gino mówi coś innego. Coś co mi mrozi krew w żyłach.

- Jakoś ci nie wierzę i wiesz co ci jeszcze powiem? – Kręci przecząco głową. – Idź i nie wracaj i to najlepiej przez parę lat. Dopóki nie minie mi chęć skręcenia ci karku. – Syczę. Gino wstaje z krzesła jak oparzony i podchodzi do drzwi.

- Nie będę cię teraz bardziej denerwować, ale i tak cię jeszcze odwiedzę. Do zobaczenia. – Mówi uśmiechając się smutno i wychodzi z sali.

Nie mogę uwierzyć w to co powiedział Gino. Kompletnie nie wiem co mam teraz czuć. Wściekłość? Żal? Smutek? Radość? Jestem rozbita i nie wiem , która emocja powinna wziąć górę nad resztą. 

Nick.

Mimo, że zrobił to wszystko dla mnie, to nie potrafię pogodzić się z tym, że tak długo mnie okłamywał. To jest nie wybaczalne. Ja bym nie zrobiła nigdy takiego świństwa. Mógł chociaż dać jakikolwiek znak życia. Nie miała bym dwóch tygodni wyjętych z życia. Zaoszczędziłabym wiele łez. To dla mnie za dużo wiadomości jak na jeden raz. Z wysiłkiem staram się opanować bicie serca, które wymknęło mi się spod kontroli, Oddycham wolno i powoli.

Odpycham od siebie natrętne myśli. Potrzebuje odpoczynku. Zamykam oczy, ale nie mogę powstrzymać łez płynących mi uparcie po policzkach.  Zagryzam zęby powstrzymując szloch.

Zasypiam z nieznośnym bólem w klatce piersiowej.

***

Kolejnego dnia, gdy jadłam lunch wpadł do mnie w odwiedziny Dan.

- Gino? – Pytam od progu. Ktoś musiał go powiadomić, że odzyskałam przytomność i kąsam.

- Nie. To Nick. – Odpowiada wesoło i siada obok mnie na łóżku. Zgrzytam zębami. – Po twojej minie widzę, że nadal ci wściekłość nie minęła. – Dodaje i klepie mnie po nodze.

- Nie żartuj sobie ze mnie. Nigdy mu tego nie wybaczę. – Mówię i zabieram się za jedzenie przyniesione przez pielęgniarkę. Mina mu rzednie.

- Czemu mnie to nie dziwi. – Mruczy pod nosem. Obrzucam go krytycznym spojrzeniem. – No co? – Wzruszam ramionami.

- Powiedz mi, co się stało z tą zdradziecką żmiją, Kim? – Pytam z pełnym ustami. Danowi twarz tężeje i zaciska pięści aż kostki mu bieleją. 

- Znaleźli ją nieprzytomną w magazynie. Z tego co mówiła policji nieźle jej przyłożyłaś. – Wzdycha ciężko. – Na razie przebywa w areszcie. Lisa z Kate chciały ją rozerwać na strzępy, gdy dowiedziały się o wszystkim. Szczęście w nieszczęściu, że przed jej salą stali policjanci. 

- Mam nadzieje, że pójdzie siedzieć na bardzo długo. – Odpowiadam mściwie. Zdrada Kim to kropla, która przepełniła czarę. Moje zaufanie do ludzi legło w gruzach. Jeśli zdradzają bliskie mi osoby, a co dopiero obcy. – Jeśli coś przede mną ukrywasz, to czas mi o tym powiedzieć. – Świdruję go wzrokiem. Patrzy na mnie nic nie rozumiejąc.

- Ah, już wiem o co ci chodzi. – Uśmiecha się pobłażliwie i kręci głową. – Jestem z tobą szczery w stu procentach. – Odpowiada z powagą. – Ale, jest coś. – Mrużę oczy. – To na razie tajemnica, ale z Leo planujemy skromny ślub. – O w mordę. Tego się nie spodziewałam. Gapię się na niego osłupiała. – Nie martw się, poczekamy aż wyzdrowiejesz. Nie chcę by mój drużba stał ledwo żywy u mojego boku. – Mówi to wszystko swobodnym tonem. Jakby przed chwilą nie zrzucił bomby. Dobiera się do mojego budyniu.

- Wow. Zaskoczyłeś mnie. – Wyduszam wreszcie z siebie.

- Czyli się zgadzasz?

- No jasne! – Wołam entuzjastycznie. Po godzinie wyszedł, ale przysięgał  że jeszcze tu wróci. Żadne z nas nie porusz tematu Nicka. Dan chyba zdaje sobie sprawę, że nie chce na razie nie chcę o nim mówić. Korzystając z chwilowego spokoju i sporej dawki środków przeciwbólowych ucinam sobie drzemkę.

Budzę się z uczuciem niepokoju. W sali, w której leżę panuje poruszenie, a nad sobą słyszę szepty rozmów. Co jest? Ostrożnie uchylam oko, by się rozeznać w sytuacji. Przy moim łóżku stoi Kate z Michaelem oraz Lisa z Karlem. No pięknie. Za chwilę zacznie się przesłuchanie. Przez chwilę zastanawiam się, czy nie udawać dalej, że śpię mając nadzieję, że może sobie pójdą i odwlekę wszystko w czasie.

- Ona się na to nie zgodzi…- Mówi ktoś cicho.

- … ale warto zapytać. – Dodaje ktoś inny.

- Wkurzy się na bank. – Mówi pierwsza osoba. 

- Pomogła nam wiele razy. Teraz kolej na nas. – Mówi stanowczo kobieta. 

- Trzeba będzie ją związać. – Odpowiada ktoś żartobliwie. 

- Przestańcie szeptać i tak wszystko słyszę. – Mówię głośno i otwieram oczy. Wpatrują się we mnie cztery pary oczu i wyglądają na wyraźnie zaskoczone. Ostrożnie podciągam się na łokciach by usiąść. 

- Jak się czujesz, Meg? – Pierwsza odzywa się Lisa.

- Całkiem dobrze. – Odpowiadam z uśmiechem. Wiem, że się martwią o mnie, więc dobrze jest ich zapewnić, że wszystko jest w porządku, a przynajmniej zmierza ku lepszemu. – Pogodziliście się? – Zwracam się do Michaela i Kate.

- Powiedział mi o wszystkim i wróciliśmy do siebie. – Uśmiecha się czule do narzeczonego.

- To dobrze. A teraz chce wiedzieć o czym tak szeptaliście? – Przyglądam się po kolei, każdej twarzy. Wyglądają na zmieszanych. Ewidentnie coś kombinują.

- Pomyśleliśmy, że gdy wyjdziesz ze szpitala… nie będziesz miała gdzie się zatrzymać. – Mówi powoli Kate, a reszta wstrzymuje oddech. – Więc, możesz zamieszać z nami lub Lisą i Karlem. – Przestępuje z nogi na nogę nerwowo. 

- Dzięki za troskę, ale mam gdzie mieszkać.

- Megan, ale… – Zaczyna Karl. Teraz rozumiem. Myślą, że dom Nicka to jedyne moje lokum.

- Mam mieszkanie. Nie martwcie się, naprawdę. – Mówię uspokajająco.

- Masz na myśli to mieszkanie przy West Bronx? – Pyta swobodnym tonem Michael. Piorunuję go wzrokiem. Chciałam zachować w tajemnicy jego lokalizacje najdłużej jak się dało. Nie potrzebuję by ciągle ktoś mnie niańczył. A teraz nie opędzę się od ciągłych odwiedzin.

- Dzięki, Michael. – Odpowiada uradowana Lisa.  - A ty nie próbuj się wykręcić, bo popamiętasz. – Zwraca się do mnie z cwanym uśmieszkiem. A niech to szlag!

- Jesteście okropni. – Wzdycham zrezygnowana.

- Nie my, tylko moja żona. – Prostuje Karl i dostaje mocnego kuksańca w żebra od Lisy. Zaczynam się śmiać, ale zaraz się krzywię z bólu.

- Przynieśliśmy ci coś do jedzenia i parę gazet do poczytania, żebyś się nie nudziła.  - Kate szybko zmienia temat, by zapobiec kłótni.

- Dziękuję. Możecie to położyć na szafce. Nie bardzo mogę się ruszać w tej chwili. – Lisa i Kate szybko wypakowują to co mają w torebkach i trzeba przyznać, że sporo tego jest. Reszta czasu upływa nam na przekomarzaniu się i plotkowaniu o Danie i Leo.

- Jeśli będziesz czegoś potrzebować to daj znać. – Mówi Karl, gdy się żegnają ze mną.  - Przyjedziemy też jutro. – Dodaje Lisa i wychodzą z sali.

- Nareszcie. – Wyzdycham z ulgą.

- Lisa potrafi być męcząca, ale martwi się o ciebie. – Mówi Kate.

- Tak, wiem. Nie cierpię jak chce mi matkować.

- Ciesz się, że wybiłam jej z głowy to byś mieszkała u niej. To dopiero byłaby jatka. – Stwierdza Kate. Michael śmieje się znad gazety. Prawie nie uczestniczył w rozmowie.

- A ty czemu tak milczysz? – Zwracam się do niego. Wychyla się znad gazety, by na mnie spojrzeć.

- Czekam na przeprosiny. – Oświadcza. Przenoszę wzrok na Kate, a ona wzrusza ramionami.

- Pójdę do bufetu. Chcecie coś? – Kate szybko wstaje, ale nim zdąży któreś z nas jej odpowiedzieć już jest za drzwiami.  Wzdycham.

- Ok, przepraszam. Zadowolony? – Nie potrafię pozbyć się ironii z mojego głosu. Odkłada gazetę.

- No pewnie. – Uśmiecha się tryumfalnie.

- Nie powiesz, a nie mówiłem? – Kręci przecząco głową, ale szczerzy się i tak.

- Mam parę pytań.

- No dawaj. – Przygląda mi się przez chwilę.

- Wiedziałaś, że Gino jest tak naprawę agentem FBI i nazywa się Roberto Dawson?

- Tak. – Krzyżuje ręce na klatce piersiowej.

- Dlaczego mi nie powiedziałaś?

- Myślałam, że wiedziałeś o tym skoro tak upierałeś się, że to porządny gość. A po drugie nie mogłam nikomu o tym powiedzieć.

- Powiedział mi o wszystkim. To niewiarygodne, że to wszystko się nie wydało.

- Wiem. – Mówię zrezygnowana wpatrując się w swoje dłonie.

- Hej, już po wszystkim. Możesz żyć dalej.  - Siada obok mnie na łóżku.

- Wiem. – Powtarzam.

- To o co chodzi? – Pyta miękko.

- Wydawało mi się, że po wszystkim ulży mi, ale tak nie jest. – Mamroczę pod nosem.

- Wiele przeszłaś i jesteś zmęczona. Potrzebujesz czasu, Meg. – Stwierdza z troską w oczach.

- Może i tak. – W tym momencie wraca Kate. – Mam do was prośbę. Czy moglibyście spakować wszystko moje rzeczy i przewieźli do mieszkania na West Bronx? Nie chce tam wracać, od kiedy… no wiecie. – Zagryzam wargę, by nie dać się ponieść emocjom.

- No jasne. – Odpowiadają jednocześnie.

- Dziękuję wam. – Mówię z ulgą. Nie chce mieć nic do czynienia z Nickiem. – Michael proszę cię, abyś był grzeczny, czyli żadnych burd. – Zwracam się bezpośrednie do niego.

- Ok, będę grzeczny. – Obiecuje nie chętnie. – Choć moim zdaniem … .

- Kochanie. – Rzuca ostrzegawczo Kate.

- Nic nie mówię już. – Robi obrażoną minę i wraca na wcześniejsze miejsc i zabiera się za czytanie gazety, a my pogrążamy się w rozmowie.

Kate z Michaelem wyszli ode mnie wtedy, gdy przegoniła ich pielęgniarka. Teraz mogę odetchnąć. Jestem zmęczona, ale cieszę się że mnie odwiedzili. Przynajmniej nie myślałam o tym co się stało, a przede wszystkim o Nicku. Z całych sił próbuję wyrzuć go ze swojej głowy, ale ciągle powraca jak bumerang. Wtedy do głowy przychodzi mi pewien pomysł.

Czas na wyjazd.

63. Krew na rękach.

Powoli odzyskuję przytomność. Przytłumionymi zmysłami zdaję sobie sprawę, że moje ciało znajduje się w dziwnej pozycji, a do tego ten nieznośny ból głowy. Próbuję poruszyć rękoma, ale nie mogę. Otwieram powoli oczy i stwierdzam, że jestem w jakimś ogromnym pomieszczeniu. Niewyraźnie wspomnienia zalewają mój umysł. Dociera do mnie, że mam przerąbane. Serca zaczyna szybciej pompować krew, a oddech mi przyspiesza. Próbuję uwolnić ręce, ale bez skutku. Podnoszę głowę do góry i okazuje się, że mam związane ręce, które zawieszone są na jakimś ogromnym haku, tak że ledwo dotykam stopami podłogi. Rozglądam się dookoła i dostrzegam mężczyznę stojącego pod ścianą obok mnie.

- Nasza księżniczka się wreszcie obudziła. – Rzuca kpiąco Red wpatrując się we mnie z zadowoleniem. Zaciskam zęby, ale nic nie odpowiadam. Słyszę jak dwa auta zatrzymują się z piskiem opon przed budynkiem. – No nareszcie. – Red mija mnie i wychodzi na zewnątrz. Słyszę jedynie przytłumioną rozmowę i perlisty śmiech kobiety. To pewnie Daniel i jego durna siostra. Drzwi się otwierają i do opuszczonego magazyny wchodzi grupka osób. Wolnym krokiem podchodzą do mnie. Na czele idzie Daniel z …otwieram szeroko oczy i nie dowierzam. Idzie razem z Kim pod rękę. Przeklęta zdrajczyni. Gdybym była wola to bym jej porządnie dokopała.

- Miło cię znowu widzieć, Megan. – Mówi zwodniczo przyjaznym głosem. Posyłam mu spojrzenie pełne nienawiści. Zatrzymuje się przede mną, ale reszta stoi poza zasięgiem światła.

- Nie powiem tego samego o tobie. – Odpowiadam lodowato.

- A szkoda, bo nie mogłem się doczekać naszego spotkania.  - Uderza mnie mocno w twarz. Głowa odskakuje mi na bok, a policzek piecze niemiłosiernie. – Myślałem, że wtedy cię zabiłem, ale nie. Ty powróciłaś. Słyszałem, że panujesz mnie zabić razem z Willem, ale jak widzisz on już nie żyje. – Dodaje uprzejmie i znów uderza mnie w twarz. – Myślałaś, że mnie przechytrzysz Megan, ale jak widzisz przegrałaś. – Odsuwa się i siada na krześle, które stoi na przeciwko mnie. Reszta osób stojących w tyle podchodzi i pada na nie światło. Przebiegam wzrokiem po twarzach. Red. Monica. Czterech nie znanych mi mężczyzn i …o kurwa… to nie możliwe. Zamykam oczy i je otwieram. Przede mną stoi żywy … Nick Evans. Wciągam głośno powietrze, a moje serce wybija gorączkowy rytm. Mam wrażenie, że zaraz eksploduje od wysiłku. Nick stoi z założonymi rękoma patrząc na mnie beznamiętnym wzrokiem. Oszukał mnie. Cały czas współpracował z Danielem, a ja głupia dałem się wodzić za nos. Zakochała się w nim. Mieszkałam w jego domu, a on cały czas był kumplem Daniela.

- Ty skurwielu…zabiję cię. – Syczę wściekła w stronę Nicka. Daniel patrzy najpierw na mnie, a potem na Nicka.

- Ah, zapomniałbym ci powiedzieć. Jak widzisz Nicka żyje i ma się dobrze. – Monica podchodzi do Nicka i wiesza się na jego ramieniu, a ten pochyla się i całuje ją w policzek z czułym uśmiechem. Prawda uderza mnie tak mocno, że to nic w porównaniu z tym co czułam, gdy on niby umarł. Jak idiotka wierzyłam, że nigdy mnie nie skrzywdzi. – No, bo widzisz kochana, Nick żył gdy został zawieziony do szpitala. Co prawda, nie dawano mu zbyt wiele szans, ale pod naszą opieką odzyskał pełnie sił. – Kontynuuje Daniel uprzejmie. Coraz bardziej zaczyna mnie wkurzać jego sposób mówienia, jakbyśmy byli dobrymi przyjaciółmi od wielu lat. – Wszystko było starannie zaplanowane, tylko ty się ciągle nam wymykałaś z rąk jakimś cudem, aż do dziś. – Zakłada nogę na nogę i krzyżuje ręce na klatce piersiowej. Kiwa głową dwóm mężczyzną po swojej prawej stronie. Obaj występują z szeregu i podchodzą do mnie z mściwymi uśmiechami. Jeden z nich zapala cygaro i wydmuchuje mi dym prosto w twarz.

- Do dzieła panowie. – Słyszę cichy rozkaz Daniela. Drugi mężczyzna uderza mnie z całej siły w brzuch. Jęczę głośno szarpiąc się rozpaczliwie, by się uwolnić. Próbuję złapać oddech, ale nie mogę. Ból mnie zaślepia. Następuje cios za ciosem. W końcu wyczerpana przestaję się ruszać.

- Na razie wystarczy panowie. – Odzywa się, gdzieś koło mnie Daniel. Nie mam siły unieść głowy, by na niego spojrzeć. Odsuwają się ode mnie. – A teraz powiedz mi, gdzie są moje pieniądze, które ukradłaś? – Pyta wściekły.

- Nie mam twoich pieniędzy. – Wyduszam z siebie cicho.

- Nie kłam suko. – Mówi głośno Monica.

- Ależ, masz. Moje 35 mln oraz zielony notes. Chce go z powrotem. – A więc, o to ci chodzi. Zależy mu na notesie bardziej niż na pieniądzach, ponieważ zapisane tam są wszystkie transakcje jakich dokonał. Dane tych z którymi robił interesy oraz cztery konta bankowe za granicą, na których trzyma całą swoją kasę. 35 mln to nic w porównaniu do pojemności tych kont. Daniel chwyta moją brodę i podnosi głowę do góry. Patrzę na niego rozwścieczona. Gdybym, tylko mogła się uwolnić. – Gdzie go ukryłaś? – Syczy. Ściska mi policzki tak mocno, że wywołuje ból. Pluję mu w twarz.

- Nic ci nie powiem.

- Spodziewałem się takiej odpowiedzi. Wiesz, że będę cię torturował tak długo, aż wszystko mi powiesz. Pożałujesz, że mnie zdradziłaś. – Rzuca ostro i odchodzi.

- Jesteś potworem! – Krzyczę do niego. – Spodziewałeś się, że będę stać z boku i patrzeć jak zabijasz niewinnych? To jesteś głupszy niż by się wydawało. – Po czym posyłam nienawistne spojrzenie Kim. – Zabije cię tak samo jak mnie, kretynko!

- Myślałem, że jesteś taka jak ja, ale nie ty wolisz stać po stronie dobra. Teraz zobaczysz co potrafi zrobić zło. – Siada na krześle i ponownie kiwa dwóm mężczyzną. Jeden z nich zaciąga się cygarem. – To jak powiesz po dobroci, czy chcesz powtórki z rozrywki?

- Wal się!

- Sama tego chciałaś. – Odpowiada lodowato. A mi ciarki przebiegają po plecach. Czyli to koniec? Zabije mi tak czy inaczej, z notesem czy bez niego jestem bez szans. Przenoszę wzrok na Nicka. Nie odrywa ode mnie wzroku i nie wykonuje żadnego ruchu. Jego zimny wyraz twarzy mówi, że jest takim samym potworem jak Daniel. Dlaczego ja tego wcześnie nie zauważyłam? Zawsze miałam nosa ludzi. Moja kolejna porażka to przyjaźń z Kim. Jak ona mogła mi to zrobić? Przecież znamy się od dzieciństwa. Jak widać nikomu już nie można ufać.

- Zabawmy się ślicznotko. – Burczy jedne z mężczyzn i uderza mnie pięścią w twarz. Głowa odskakuje mi do tyłu, ale nie wydaje z siebie żadnego dźwięku oznaczającego ból. Nie dam im tej satysfakcji. Następuje cios za ciosem. Czuję w głowie bolesne pulsowanie. Krew ścieka mi po twarzy z rozciętych łuków brwiowych i kącika ust. Zwisam smętnie z głową na klatce piersiowej.

- Gdzie ukryłaś notes?! – Pyta głośno Daniel.

- Obyś zdechł. – Mówiąc to pluję krwią. Zrywa się z krzesła i podchodzi do mnie. Nim zdążę zarejestrować co się dzieje. Moje ramie rozrywa przejmujący ból. Odrzucam głowę do tyłu wyjąc przeraźliwie.

- Nie jesteś taka twarda jak ci się wydaję! – Przekrzykuje mnie Daniel. Wciska rozżarzone cygaro w moją skórę. Ponownie zadaje kolejną ranę. W myślach błagam, by się to wszystko skończyło. To jest nie do zniesienia.

- Zabij mnie, ale i tak nic ci nie powiem! – Krzyczę gdy, znów mnie przypala cygarem. Odsuwa się nieznacznie i śmieje się głośno.

- Będziesz mnie błagać o śmierć Megan. – Odpowiada mściwie.

- Możesz sobie pomarzyć. – Mówię hardo. Zbieram się w sobie i odbijam się placami od podłogi. Wymierzam mu cios prosto w klatkę piersiową. Zaskoczony upada do tyłu łamiąc krzesło.

- Ty dziwko! Pożałujesz! – Kiedy on wstaje w tej samej chwili otwierają się drzwi i do środka wpada kilka osób. Padają strzały i nagle wszyscy rozbiegają się by się schronić przed kulami. Podbiega do mnie trzech zamaskowanych mężczyzn i ściągają mnie z haka. Jednemu z nich bezwładnie osuwam się w ramiona.

- Meg, wszystko w porządku? – Pyta przestraszony.

- Michael? – Otwieram oczy na dźwięk jego głosu.

- Tak, wynośmy się stąd. – Pomaga mi stanąć na nogach. Katem oka zauważam Daniela z bronią wycelowaną w plecy Michaela.

- Padnij! – Krzyczę i rzucam się na Michaela, powalam go na beton. Dwaj pozostali robią to samo. Nad nami świstają kulę. Michael szybko wstaje i strzela w jego stronę. Szybko się podnoszę i chowam się za kontenerem, po chwili dołącza do mnie Michael i dwóch pozostałych mężczyzn. Ja pierdole boli mnie wszystko, ale napędza mnie do działania adrenalina i chęć zemsty.

- Masz. – Podaje mi broń. – Zmywajmy się. – Wychyla się na chwilę, a kule jak grad uderzają o metalową ścianę.

- Najpierw zabiję Daniela. – Mówię stanowczo.

- Zwariowałaś? Jesteś ledwo żywa! – Woła oburzony.

- Dam sobie radę. – Wyglądam za ściany i szybko chowam, gdy  Daniel strzela w moją stronę. – Ma może któryś z was telefon?

- Ja mam. – Odzywa się jeden z nich i podaje mi go. Natychmiast wybieram numer do Gino, ale nie odbiera. A niech go diabli. Oddaję telefon.

- Musimy się rozdzielić. Biorę Daniela, a wy powiadomcie FBI i powołajcie się na Gino. On będzie wiedział co robić. – Wyrzucam z siebie pospiesznie słowa i zwracam się bezpośrednie do Michaela. – Jest tu Nick.

- Widziałem go. – Odpowiada ponuro.

- Jak będziesz miał okazję dowal mu.

- Ma się rozumieć. – Uśmiecha się z satysfakcją.

- Ok, to do roboty. – Odwracam się i zaczynam iść wzdłuż ściany i przeskakuję na drugą stronę za kolejny kontener. Po cichu idę dookoła by od tyłu zajść Daniela. Istny labirynt tu panuje. Gdy tak się skradam moją uwagę przykuwa ruch z lewej strony. Odwracam się i widzę Kim z metalową rurą. Bierze zamach, ale ja w ostatniej chwili robię unik.

- Co ty wyprawiasz?! – Wołam przerażona.

- Chcę cię zabić. Wtedy Daniel będzie tylko mój. – Odpowiada z obłędem w oczach. Ponownie na mnie naciera, ale i tym razem robię unik. Wkurzona, że nie może mnie trafić, rzuca się na mnie i wytrąca mi broń z ręki. Dłonie zaciska na moim gardle. Obie szarpiemy się ze sobą. Gryzę ją w ramię, a ona z krzykiem mnie puszcza. Wtedy wymierzam jej prawy sierpowy, który odrzuca ją do tyłu. Szybko wstaję, ale Kim też. Ma zakrwawioną twarz. Musiałam jej złamać nos, ale mam to gdzieś. Schylam się i łapię za porzuconą rurę, po czym biorę zamach i uderzam Kim w głowę. Z jękiem upada na podłogę. Straciła przytomność. Chwytam broń i idę dalej. Skręcam w lewo i bezszelestnie mijam kolejne zakręty w labiryncie, aż trafiam na pustą przestrzeń. Po przeciwnej stronie stoją ustawione w równych rzędach kontenery, a z jednej z alejek wychyla się Daniel. Przywieram do metalowej ściany i powoli zbliżam się do niego z bonią wycelowaną w jego plecy. W tej samej chwili odwraca się w moją stronę. Przez chwilę wygląda na zaskoczonego, ale zaraz uśmiecha się ironicznie.

- Odłóż broń. – Mówię spokojnie. Wreszcie nadeszła chwila od dawna oczekiwanej zemsty. Rzuca ją na podłogę. – A teraz powoli idź w stronę drzwi wyjściowych. – Chciałam go zabić, ale Gino ucieszy się gdy zobaczy go żywego. Już on się nim odpowiednio zajmie.

- Myślałem, że chcesz mnie zabić. – Cofa się tyłem w stronę wyjścia.

- Nadal to rozważam. – Mówię spokojnie.

- Ty i ja mogliśmy tyle zdziałać razem, ale wybrałaś inne życie. – W jego głosie pobrzmiewa nutka żalu i tęsknoty.

- A ty się postarałeś o to, bym je szybko skończyła. – Odpowiadam kwaśno. Śmieje się.

- Skoro ja nie mogłem cię mieć to nikt inny też, ale potem okazało się, że masz coś co należy do mnie i gdyby nie więzienie, w którym wylądowałam już dawno byś nie żyła.  - Zaciska dłonie w pięści.

- Miałam sporo szczęścia. Chyba nie myślałeś, że odejdę goła od ciebie, a przy okazji zabrałam notes jako zabezpieczenie. Zostawiając mnie ledwo żywą nie przyszło ci na myśl, że przeżyję i wrócę by się zemścić.

- Tego akurat nie przewidziałem i wierz mi nie skakałem z radości, gdy dowiedziałem się, że żyjesz. – Mówi z przekąsem. Parskam śmiechem.

- Daruj sobie te uprzejmości. Oboje wiemy, że jesteś skurwielem. – W tym momencie rzuca się na mnie. Broń wypada mi z ręki. Oboje wpadam wprost na pole bitwy, na którym trwa regularna strzelanina. Nagle wszystko ucicha i jesteśmy my dwoje. Jedno i drugie jest gotowe zabić.

- Meg, nie! – Krzyczy ktoś z oddali. Wpadam z impetem na drewniany kontener morski. Okładam go pięściami, a Daniel jedną rękę zaciska na moim gardle z siłą imadła. Z braku powietrza zaczynam się krztusić. Ratując się uderzam go kolanem w brzuch. Pusza mnie, ale zaraz potem naciera na mnie ponownie. Robię unik, ale i tak podcina mi nogi i jak długa upadam na beton. Leżąc na brzuchu sięgam tak by nie widział pod sukienkę, która mi się podwinęła i wyjmuje nóż. Odwracam się w tym samym momencie, gdy wymierza mi kopniaka i wbijam mu go w łydkę. Krzyczy głośno z bólu i cofa się kilak kroków. Wykorzystuję ten czas i sięgam po pistolet leżący kilka centymetrów ode mnie. Zaciskam na nim dłoń, ale wtedy czuję ostry ból w lewym bok i przerażona stwierdzam, że Daniel wbił mi mój nóż. Uśmiecha się mściwie i kopie mnie w brzuch. Od siły uderzenia obracam się na plecy. Nie mogę złapać tchy. Czuję, że dłużej nie wytrzymam, ale nie mogę pozwolić by i tym razem wygrał. Nadal mam broń w ręce, której do tej pory nie zauważył Daniel. Wyciągam nóż z jękiem i wolną dłonią tamuję krwawienie.

- Wolisz szybką czy powolną śmierć, Meg? – Pyta rozwścieczony Daniel i zbliża się do mnie. Wyciągam nuż ze swojego boku i wstaję na drżących nogach.

- Ty mi powiedz? – Pytam lodowato i strzelam do niego. Jedna kula trafia go w brzuch, druga w okolice serca, a trzecia w głowę. Widzę jak zaszokowanie maluje się na jego  twarzy, gdy upada. Po chwili gaśnie w jego oczach światło. Oddycham z ulgą. To niesamowite czuć się wolnym.

- Nieee!  Odwracam się i widzę zbliżającą się ku mnie zrozpaczoną Monicę z bronią wycelowana w moją stronę. Nagle znikąd pojawia się Michael. Powala ją na podłogę i unieruchamia. Szarpie się pod nim rozpaczliwie, ale to na nic. Trzyma ją w żelaznym uścisku.

- Uciekaj! – Krzyczy do mnie Michael i pokazuje na biegnącego w moją stronę uzbrojonego Nicka.

Ciało odmawia mi posłuszeństwa, ale ostatkiem sił zmuszam się do biegu. W myślach powtarzam jak mantrę. Byle najdalej od niego. Jeśli stanie mi na drodze zabiję go, bez mrugnięcia okiem. Rwący ból boku jest nie do zniesienia, ale to nic w porównani z tym co teraz czuję do Nicka. Jestem coraz bliżej drzwi, ale wciąż daleko. Oglądam się za siebie i z przerażeniem stwierdzam, że Nick nadal podąża za mną. Skręcam ostro w prawo by skrócić sobie drogę, ale wpadam ponownie w labirynt tych przeklętych kontenerów.

- Megan! – Krzyczy na całe gardło Nick. Jego głos odbija się od ścian hali. Krzywię się i chowam się w jeden z wielu alejek kontenerów, położonych jeden na drugim. Zaciskam pewniej drżące dłonie na broni i nasłuchuję kroków z dudniącym sercem. Nagle za zakrętu wyłania się Nick i biegnie w moją stronę. Ponownie rzucam się do ucieczki napędzana jedynie adrenaliną. Płuca pieką mnie od nadmiernego wysiłki. Nie dam rady dalej biec. Całe ciało ze zdwojoną siłą daje znać o uszkodzeniach. Zatrzymuję się i odwracam się w stronę napastnika z bronią w pogotowiu. Nick zatrzymuje się kilka metrów ode mnie i unosi ręce do góry, by mi pokazać, że nie ma broni.

- Czego ode mnie chcesz? – Pytam cicho. Zaciskając szczęki by się nie rozpłakać.

- Nie zrobię ci krzywdy. Pozwól mi wszystko wyjaśnić. – Mówi błagalnie i robi kilka kroków w moją stronę. Zmniejszając dystans między nami.

- Nie mamy o czym rozmawiać! Oszukałaś mnie! – Krzyczę wściekła i unoszę wyżej broń. – Opłakiwałam cię tygodniami!

- Proszę cię, Meg…. – Głos mu się łamie i ponownie robi kilka kroków w moją stronę.

- Nie zbliżaj się,bo cię zabiję! – Uczucie zemsty i chęć zadania mu bólu zaczyna brać nade mną górę. chce by cierpiał tak jak ja cierpiałam prze te wszystkie tygodnie.

- Nie zrobisz tego. Nadal mnie kochasz Megan. – Mówi z przekonaniem. Wierząc, że tak właśnie jest.

- Czyżby?! – Uśmiecham się do niego gorzko.- No to patrz. – Naciskam spust i pierwsza kula trafia go  ramię. Cofa się kilka kroków do tyłu i patrzy na mnie przerażony. Naciskam ponownie spust i kolejna kuta trafia go w nogę. Nick upada na ziemię sycząc z bólu. Podchodzę do niego wolno z bronią wycelowaną w jego serce. Nick tamuje krwotok nogi zdrową ręką.

- Jeśli jeszcze raz zobaczę cię na swojej drodze to nie spudłuję. – Rzucam ostrzeżenie , po czym odwracam się i kuśtykając podchodzę do drzwi na końcu magazynu, kompletnie głucha na nawoływania Nicka.

Gdy ostatkiem sił otwieram ciężkie drzwi od magazynu oślepia mnie ostre światło reflektorów aut. Mrugam kilka razy powiekami by przyzwyczaić się  do nowego oświetlenia. Gdy mi się tu udaje stwierdzam, że mam przed sobą całą policję Nowego Yorku, a na ich czele stoi FBI.

- No to świetnie. – Mamroczę pod nosem, po czym mój mózg postanawia się odłączyć od reszty ciała. Nogi się pode mną uginają i upadam na ziemię.

- Megan?! – Krzyczy przerażony Gino. Jak przez mgłę widzę jak podbiega do mnie, ale ja odpływam już w zbawienną ciemność.